niedziela, 10 stycznia 2016

Chyba ważna informacja

Dobry wieczór, koleżanki.
Albo dzień dobry, jeśli czytacie to rankiem lub może po południu.
Jak widać... Nie zapomniałam jak pisze się posty.
No i tak, chyba... żyję.

Jestem wam winna coś.. bardzo istotnego, coś bardzo oficjalnego i coś bardzo.. tak naprawdę.. intymnego.
A mianowicie przeprosiny.

Tak, przyznaję wam rację. To bardzo poważnie wymknęło się spod kontroli. To, czyli moja "przerwa z blogami". "Chwila na regenerację". To coś, co stawiało moją działalność pod dużym znakiem zapytania z każdym kolejnym dniem. I tak, za cztery miesiące stukną dwa lata, od kiedy zamieściłam na tym blogu mój ostatni post. A za trzy miesiące stukną dwa lata, od kiedy zamieściłam na tym blogu ostatni rozdział mojego opowiadania.
Od razu zaznaczę, dla tych, którzy nie przeanalizowali komentarzy pod moim ostatnim postem: nie pojawi się kolejny rozdział tego opowiadania. Już nigdy.
Od razu zaznaczę również to: jest mi naprawdę BARDZO przykro.
Jest mi bardzo przykro i naprawdę bardzo was wszystkich przepraszam. Przepraszam tych, którzy czekali. Przepraszam tych, którzy wierzyli. Przepraszam.
Naprawdę bardzo przepraszam. Z całego serca.
Jednak nie pozostaję bez usprawiedliwienia. I nie jest to usilnie nawymyślane usprawiedliwienie. Jest to prawdziwy i logiczny powód, pewne cholerstwo, które naprzykrzało mi się od czasu publikacji któregoś z moich rozdziałów.
Nie był to brak weny, nie był to brak motywacji. Nie był to brak siły. Nie było to nawet wypalenie.
To był rozwijający się brak zrozumienia własnej siebie.
I nie, nie miałam dziwnych, psychicznych problemów. Nie miałam załamek, nie miałam dołów. Po prostu dojrzewałam.
Dojrzewałam i zauważałam z każdą chwilą coraz wyraźniej, że fabuła mojego bloga to gówno.
Że mój blog nie był odpowiednio zaplanowany. Nie był odpowiednio przemyślany. Nie był odpowiednio przygotowany, żeby ujrzeć światło dzienne.
Dlaczego zaczęłam publikować? Bo byłam szczeniakiem. Zasmarkaną, młodą gówniarą, która naczytała się dobrych blogów i krzyknęła ambitnie w myślach: "Skoro one mogą, ja też tak mogę!"
To jeden z moich największych błędów.
Na chwilę obecną niczego nie wstydzę się bardziej, niż tych tworów, tutaj, na tej stronie. Na aj łont laju. To najgorsze twory, jakie w życiu napisałam. I uwierzcie mi, jestem obrzydliwie samokrytyczna. Mogłabym długo wymieniać, co tam jest nie tak, co i dlaczego mi się nie podoba. Ale chyba wolę was jednak nie uświadamiać...
            Na tamte teksty już nawet nie mogę patrzeć. Pomyślcie więc i spróbujcie mnie zrozumieć: jak mogłabym to teraz kontynuować? Jednak nie usuwam stąd nic. Po prostu porzucam. Ethana, Beatrice... Bo wygląda na to, że Chestera i Michaela jeszcze trochę pomęczę. Ale tamci odchodzą w chwale, nie martwcie się. A Ejtan miał zakochać się w Majku i miała być drama, ale już im tego oszczędziłam.
            Jestem pełna podziwu dla ludzi, którzy to czytali. Którzy wciąż to czytają, bo może znajdują się i tacy. I każdemu z was, każdej osobie, która pofatygowała się, by cokolwiek stąd przeczytać, każdej, która pofatygowała się by nawet skomentować i ucieszyć moje serce, każdej osobie DZIĘKUJĘ. Dziękuję tak cholernie, tak z całego mojego wnętrza. To wielka rzecz. Przynajmniej dla mnie, takiej szarej myszy. Dziękuję wam za każde wyświetlenie, każde jedno z tej okrągłej liczby trzynastu i pół tysiąca wyświetleń. Najlepsze jest to, że większość z tego została nabita podczas mojej nieobecności.
Dziękuję wam za każde ciepłe słowo, które dane mi było przeczytać w komentarzach, dziękuję za każdą ciepłą myśl, jaka być może przeleciała wam przez głowę. Dziękuję, że zwróciliście na mnie uwagę. Wtedy, kiedy nie miałam nic dobrego do zaoferowania.
Wybaczam nawet tym, którzy tak ochoczo mówili, że ja już nigdy nie wrócę. To rzeczywiście było bardzo prawdopodobne, niech wam będzie.


Powinnam jak najszybciej przejść do konkretów, bo i tak już rozgadałam się na potęgę. O zgrozo.
A konkrety są takie, że nie wracam na stałe. Nie wracam, by pisać coś nowego, chociaż takie plany były. I jak już zdążyłam kiedyś gdzieś wspomnieć, zabrakło mi 30%, żeby się udało. No cóż. Czasami 30% wygrywa z 70%.
Nie wracam, by pisać coś systematycznie. Nie wracam, żebyście znowu na mnie czekali. Ja nawet po prostu nie wracam. Ja tylko się pojawiam. Żeby pozwolić wam przestać czekać. 
            Jeśli jednak znajdzie się ktoś, kto zdoła odsunąć na bok uraz do mnie, mógłby zainteresować się, gdybym jeszcze coś tutaj wrzuciła. A tego absolutnie nie wykluczam. I nawet jestem w trakcie pisania czegoś, czego już nie wstydziłabym się tutaj umieścić.
            Tylko proszę, nie czekajcie na mnie. Akurat na moje słowa nie można liczyć, wy najlepiej o tym wiecie. *wink*

Tak na koniec wyznam wam, że przymierzałam się do napisania tego posta już wiele razy. Czasami nawet miałam gotowy tekst, ale nie byłam zdolna kliknąć w „opublikuj”. Bo coś było nie tak. Teraz, kiedy jestem świeżo po informacji która skopała mi dupsko niesamowicie, mianowicie o powrocie Queen Anny (też po dwóch latach!) w mojej głowie zrodziła się myśl: „hej… ona wróciła po dwóch latach… a ty nie mogłabyś?”… No cóż, chyba mogłabym! Queen Anno, tobie również muszę podziękować. Włożyłaś we mnie cholernie silną wiarę, że jeszcze nie umarłam. I to rzeczywiście sprawiło, że jeszcze nie umarłam.


Rozgadałam się cholernie, ale jestem wam to teraz winna. Jeśli ktoś zapragnie to przeczytać od początku do końca, niech czuje się przeze mnie uściskany. Uwielbiam każdego z was. Każdego.

No i cholera, nie mogę zapomnieć. Dziękuję z całego serca Bennodzie, która była przy mnie przez całą tą sytuację. Wspierała mnie i pomagała mi. Nawet pisała do was jako mój osobisty menadżer. Doprawdy, nie idzie wyobrazić sobie droższej przyjaciółki.
Krokieciku, dziękuję.

poniedziałek, 21 kwietnia 2014

Nie wyrabiam.
Zawieszam bloga na czas nieokreślony.
Przepraszam.

wtorek, 18 marca 2014

Rozdział XIII

   Obydwie pary oczu zwróciły się w stronę wejścia. Zastały Beatrice wchodzącą do domu i spoglądającą na chłopaków.
- O, Mike, widzę że już żyjesz - stwierdziła bez wyrazu, a tamten odezwał się do Chestera.. z pretensjami.
- Chester, pytałem się ciebie czy umarłem, a ty powiedziałeś że nie!
- Eeech.. Nie umarłeś, Mike, tak się tylko mówi..
- Chyba że tak - mruknął, po czym energicznie wstał z miejsca, prawdopodobnie chcąc podejść do matki. Nie było to dobrym pomysłem, gdyż od razu pojawiły mu się mroczki przed oczami i stracił równowagę. Opadł z powrotem na kanapę i zaczął znów jęczeć z powodu nieoczekiwanego, ostrego bólu głowy. Bennington od razu do niego doskoczył.
- Mike, Mike, nie mów, że znowu coś ci jest - mówił nerwowo z przejęciem, kładąc mu dłoń na czole. Ciemnowłosy uśmiechnął się słabo, położył swoją dłoń na jego spoczywającej na własnej głowie i lekko nacisnął.
- Nie, tylko.. chyba zbyt gwałtownie wstałem. Jeszcze nie jestem w sto procent sprawny - wyjaśnił, spoglądając na niego spod swoich przymkniętych oczu. Bennington uśmiechnął się współczująco i ku niezadowoleniu ciemnowłosego zabrał szybko rękę pesząc się tym zbyt czułym dotykiem, również w strachu przed zbliżającą się jego matką; lepiej byłoby, gdyby się przy niej nie obmacywali..
- Co tu się stało?! - zapytała z irytacją kobieta, próbując przedostać się między poduszkami i kocami leżącymi na podłodze. Mike zaczął chichotać.
- Chester walczył z pilotem - odparł rozbawiony, a wspomniany chłopak chrząknął wymownie na niego i złapał się za czoło udając, że je podtrzymuje - by uniknąć kontaktu wzrokowego z Beatrice.
- Masz mi to natychmiast posprzątać - rzuciła twardo do Benningtona, który niczym zbity pies zaczął uczynnie zbierać przedmioty z beżowego dywanu w białe wzory. Mike obserwował go, próbując za wszelką cenę się tak głupio nie uśmiechać.
- Słuchaj chłopie - zaczęła dorosła, zwracając się do zadowolonego Shinody i siadając na kanapie postawionej prostopadle do tej, na której siedział chłopak - byłam u pani Delson, w aptece. Jak ja nie cierpię tej kobiety. Znowu cały czas gadała mi o tym, jaki to jej synuś jest utalentowany, jak to jest mistrzem gitary i że zamierza mu kupić elektryczną. Gówno mnie to obchodzi! Ja jej... - mówiła zdenerwowanym głosem.
- Co? Pani Delson ma syna, który w dodatku dobrze gra na gitarze? - wtargnął jej w zdanie Shinoda, patrząc na nią ze zmarszczonymi brwiami.
- No, na to wychodzi. Pewnie potrafi tylko parę chwytów.. wiesz, jak to matka; zawsze umiejętności swojego synusia wyolbrzymi. Rzygam nią. - Na te słowa chłopak tylko skinął w zamyśleniu głową. Dlaczego nigdy wcześniej o tym nie wiedział? A może po prostu nie zwrócił na to uwagi? Albo jej nie słuchał, na przykład tak, jak teraz, rozmyślając o tajemniczym potomku pani Delson. - ...No i końcem końców kupiłam ci trochę leków na ból głowy. - mówiąc to, rzuciła w niego trzema małymi opakowaniami tabletek. Zaczął je przeglądać.
- Dzięki - mruknął od niechcenia. Dorosła cały czas go obserwowała, a Chester niepewnie na nią spoglądał ze swojego miejsca, bowiem już wszystkie poduszki poukładał. Atmosfera pomiędzy Benningtonem i Beatrice była dziwna - napięta, niewygodna i krępująca. Mike miał wszystko w dupie, Chester nie odzywał się, bowiem nie miał żadnego pomysłu na zagadnięcie kobiety - co wprawiało go w zakłopotanie, a sama Trice nerwowo przyglądała się szybko przemieszczającym się palcom swojego syna. Im obojgu głupio było rozpocząć nowy temat i najzwyczajniej w świecie czekali na ruch drugiej osoby.
  Po dłuższej chwili młody Shinoda zmarszczył brwi i zlustrował twarze swoich towarzyszy.
- Moja czynność jest naprawdę taka interesująca, że wolicie się na to gapić, niż na przykład porozmawiać? - zagadnął, wyraźnie ukazując swoje niezadowolenie.
- O czym mielibyśmy rozmawiać? - wzruszył obojętnie ramionami Bennington. Mike westchnął, odłożył na bok opakowania i usiadł na skraju kanapy, opierając przedramienia na udach.
- O wszystkim. Jeśli chcecie się zaprzyjaźnić, musicie rozmawiać.
Beatrice spojrzała na syna gniewnie.
- A kto powiedział, że chcę się z nim zaprzyjaźniać? - zaprotestowała dobitnie, po czym wstała i udała się do kuchni. Ciemnowłosy zmienił rozczarowany wzrok na Benningtona spuszczającego głowę w bezradności, wbijającego jednocześnie wzrok we własne splecione dłonie zajmujące miejsce pomiędzy swymi kolanami.


*


    Podczas gdy Chester brał cowieczorny prysznic, Mike bezcelowo przechadzał się po korytarzu z komórką w ręce. Doskwierała mu nuda jak prawdopodobnie nigdy wcześniej - a Chester mył się znowu chyba z dwadzieścia minut. Pierdolony czyścioch...
   Przechodząc obok drzwi od łazienki usłyszał jakieś "wydudnianie" rytmu. Głosem. Z początku uznał, że coś mu się przesłyszało, jednak idąc dalej wciąż dobiegały go te tajemnicze odgłosy. W jednej chwili otworzył szeroko oczy i jak poparzony podbiegł do drzwi łazienki, uważnie nasłuchując. Tak, to prawda. To był głos Chestera.
- Dum du-du-dum dum dum-dum, pshhh...
To na pewno Chester? Tak, to jego ton. Będzie śpiewać? Czy tylko sobie próbuje? Ma naprawdę dobre wyczucie rytmu, jak na zwykłe nucenie...
- There's a fire starting in my heart...
O kurwa.
- ...reaching a fever pitch and it's bringing me out the dark. Finally, i can see you crystal clear...
Jaka skala! Jaka barwa! Jakie operowanie głosem! Jakie brzmienie!
- ...go ahead and sell me out and i'll lay your ship bare...
Nie popuszczę ci tego.
- ...See how i leave with every piece of you, don't underestimate the things that i will do...
Jebany talent! On jest lepszy ode mnie! 
- ...There's a fire starting in my heart, reaching a fever pitch and it's bringing me out the dark...
Właściwie to nie rozumiem, dlaczego Adele... Aha, to bardzo dobra i wyjąca wokalistka, chce się szmaciarz wykazać! Pewnie sobie to od początku zaplanował, żebym go usłyszał i jeszcze komplementy prawił!!
- ...The scars of your love remind me of us, they keep me thinking that we almost had it all...
Aaach, rozpływam się. Jego głos w tej piosence brzmi lepiej od oryginału, nie żartuję! Zaraz refren.... Kurwa, umrzyj! Zaraz mi uszy wypali z tego jebanego, cudownie pieszczącego słuch tonu! Ciary mam. Mój ziom śpiewa jak męska wersja Adele! Ale będę sławny. Chwila, a to nie jest ciotowate?
- ...The scars of your love, they leave me breathless, i can't help feeling...
Nie zaśpiewaj tego teraz idealnie. Proszę. Nie rób tego, Chester.
- ...We could have had it all...
O Boże, o Boże, o Boże, o Boże, o Boże! Nigdy nie podejrzewałbym go o tak perfekcyjnie czystą górę!
- ...Rolling in the deep...
Ach, nie wytrzymam! Muszę cię w tej chwili ucałować, muszę!!!
Z tymi myślami Mike błyskawicznie wparował do dziwnym trafem niezamkniętej łazienki, od razu patrząc na odwróconą do niego bokiem, niczego jeszcze nie podejrzewającą sylwetkę osiemnastolatka w kabinie prysznicowej.
- Ty śpiewasz?! - wykrzyczał entuzjastycznie w jego stronę. Tamten doznał takiego szoku, że omal się nie przewrócił na śliskiej powierzchni. Jedyne, co z siebie w tamtej chwili wykrztusił, to niekontrolowany, krótki okrzyk przerażenia i momentalne zakrycie swojego przyrodzenia. I tak niepotrzebnie, gdyż to było akurat ostatnią rzeczą, na którą Mike zwracał uwagę.
- AAAA!
- Stary, dlaczego nic o tym nie wspominałeś? Nawet nie wiesz, jak jesteś cholernie utalentowany! - zaczął nawijać, gestykulując rękami i spoglądając w stronę chłopaka za szybą ściany kabiny.
- A-ale Mike, co ty tu w ogóle robisz?! - spytał zszokowany chłopak - Jak się tu kurwa dostałeś?! Znowu nie zamknąłem drzwi? Ja pier...
- Ale Chester, proszę! Wyjdź stamtąd i pogadajmy! - wybłagał Mike.
- Eee... Czuję się mało komfortowo, gdy na mnie patrzysz. - wyznał, patrząc na niego wymownie.
- To się odwrócę, matko święta - jak powiedział, tak zrobił. Odwrócił się i pozwolił mu bez skrępowania wyjść z kabiny i okryć się ręcznikiem.
- Po co się chowasz? I tak je kiedyś zobaczę. - zagadnął w trakcie wykonywania tych czynności przez Chestera.
- Co? Moje jaja? - zdziwił się tamten, porządnie marszcząc brwi.
- Mhm. - mruknął tylko w odpowiedzi, jakby to było czymś zupełnie naturalnym.
- Mike, czy ty coś sugerujesz? - zapytał powolnie, nie spuszczając z niego podejrzliwego wzroku.
- Oczywiście, że nie. - odparł zwyczajnie tamten, odwracając się szybko w jego stronę. Tamten dopiero co trzymał w ręce ręcznik, więc zaraz zaczął wrzeszczeć i czym prędzej się okrywać.
- MIKE! Jeszcze się nie!...
- Dobra, dobra, już - uniósł niecierpliwie dłonie na wysokość szyi i ponownie się odwrócił. - Czego się tak wstydzisz? Mały jest?
- Mike!
- No co? Skoro mieści się w twoich małych dłoniach...
- Czy ty właśnie obrażasz moje przyrodzenie?
- Nie, stwierdzam fakty.
- Nienawidzę cię!
- Uch, no ubrałeś się już?! - zmienił wątek ciemnowłosy, ze zniecierpliwieniem zmieniając pozycję stojącą.
- Nie umiem tego zawiązać... - mruknął wstydliwie tamten, kombinując cały czas z dwoma końcami materiału.
- Ja pierdolę - zaśmiał się Mike, po czym bez uprzedzenia odwrócił się i kiedy Chaz chciał zaprotestować, po prostu do niego podszedł, złapał za dwa końce żółtego ręcznika spoczywającego już na biodrach chłopaka i umiejętnie związał na jego udzie. Na policzkach osiemnastolatka pojawił się intensywny rumieniec, a Shinoda natomiast czuł się swobodnie jak przy nikim innym. Spoglądając znów na twarz przyjaciela, zauważył tą gwałtowną zmianę i go wyśmiał.
- Czy ty się rumienisz?! Chester, daj spokój! Jesteśmy tylko ludźmi. - wyjaśnił z ujmującym uśmiechem. - Poza tym... jak udało nam się tak bardzo zmienić temat?! Bennington! TY ŚPIEWASZ!
- Tylko podśpiewuję... - stwierdził nieśmiało, rozmasowując sobie kark dłonią.
- Zamknij się! Śpiewasz! Jak profesjonalista! - sprostował, podniecając się niczym nowym samochodem.
- Daj spokój... - uśmiechnął się, spuszczając wzrok na kafelki.
- Nie, nie dam spokoju! Kurwa mać, patrz na mnie! - zirytował się, po czym złapał twarz Chestera jedną dłonią - w żaden jakiś nadzwyczajny sposób - i obrócił w swoją stronę. Od teraz mówił spokojnie, łagodnie i przekonująco. - Masz talent. Prawdziwy talent. Jeśli tylko sobie TAK podśpiewujesz, to ja wolę nie wiedzieć, jak ty śpiewasz na poważnie.
Chester zaśmiał się.
- I my to wykorzystamy! - zaczął znów się głupio cieszyć i łazić niespokojnie po łazience, snując już plany na rozległą przyszłość. Chester sapnął z bladym uśmiechem i pokiwał wolno głową na lewo i prawo, ukazując swoje nietraktowanie siedemnastolatka poważnie. - Będziemy mieli zespół! Nazwiemy go... Cats&Rumors! Tak! Ja będę grał na wszystkim, a ty będziesz śpiewał, i takim duetem zdobędziemy cały świat, będziemy jeździć w trasy, zdobywać fanów i...
- Hola, hola! Mike, czy ty aby nie przesadzasz? Naprawdę uważasz, że będziesz grał na wszystkim? - zaśmiał się głupio.
- No w sumie.. to głupi pomysł. Musimy sobie znaleźć ekipę! - przyznał mu rację, po czym znów zaczął łazić dookoła półnagiego Benningtona.
- Poza tym... Cats&Rumors? Proszę, powiedz, że to był żart. Błagam.
- Nie, dlaczego?
- Się doczekałem...
- Przecież to jeden z moich najświetniejszych pomysłów! Wszędzie roi się od kotów i plotek- zwłaszcza w internecie. Człowieku, będziemy tak popularni jak koty i plotki! A każdy zna koty i plotki! To idealna nazwa dla rozpoczynającego zespołu. Nawet nie zdążysz mrugnąć, jak zdobędziemy zainteresowanych. I przez co? Właśnie przez nazwę! Nie rozumiem, o co ci chodzi. - wyjaśnił optymistycznie, przedstawiając swoje "inteligentne" spojrzenie na tą sprawę.
- Dobra.. Nawet jeśliby i te Cats&Rumors miało zostać - widać było, że to stwierdzenie ledwo przecisnęło mu się przez gardło - Ja się na to nie piszę. - uprzedził, przerywając ambitny monolog Mike'a i chyba burząc mu zarazem marzenia. Tamten spojrzał na niego z rozczarowaniem malującym się w oczach.
- Jak to nie? Przecież to wszystko wokół ciebie się będzie kręcić. - zapewnił go tamten, desperacko próbując ratować sytuację.
- Myślisz, że dlaczego nigdy nie chwaliłem się, że potrafię śpiewać? - zniecierpliwił się.
- Boooo... uważałeś to za nic nadzwyczajnego? - odparł /czy bardziej zapytał?/ niepewnie.
- Nie. Bo się wstydzę. - odpowiedział dobitnie.
- Co? Ty się wstydzisz? Chester Bennington się wstydzi?! - ciemnowłosy nie mógł uwierzyć. Podążył za wychodzącym z pomieszczenia, starszym chłopakiem.
- Jasne, że tak. Nigdy nie byłem w centrum zainteresowania i nigdy nie chcę być. Jeśli chodzi o niezobowiązujące nawiązanie nowej znajomości, jak na przykład z tobą - wskazał go palcem wskazującym, spoglądając na niego. Chwilę potem jednak znów odwrócił głowę w tę stronę, w którą się przez cały czas kierował. Szedł do kuchni, by wziąć coś do picia. Już im obydwojgu przestało przeszkadzać to, że Bennington jest półnagi. Nie miał na sobie nic przykuwającego specjalnej uwagi. Żadnych przerażających mułów, porażających tatuaży lub owłosienia. Jedynym dotychczasowym malowidłem na jego ciele były płomienie rozciągające się na nadgarstkach. - to tak, ale występy przed tyloma ludźmi to nie dla mnie. - Doszli na miejsce. Bennington wyciągnął z lodówki puszkę pepsi, otworzył i napił się z niej, obserwując w tym czasie już robiącego mu wyrzuty Shinodę.
- No nie żartuj! Nie możesz być nieśmiały, to nie w twoim stylu! Jeszcze zobaczysz, kiedyś zawładniemy sceną. A to - dotknął kciukiem jego gołej klatki piersiowej i przejechał nim delikatnie niewielki odcinek w dół, wywołując tym u niego nagłe przyśpieszenie bicia serca  - posłuży nam jako przynętę na faneczki.
- Ha! Otóż nie. - wyśmiał go tamten, próbując ignorować wypalający jego skórę, dziwnie przyjemny dotyk Mike'a i wytykając go jednocześnie palcem wskazującym. - Powinieneś się domyślić, że moja klata jest przeznaczona tylko dla wybranych. - sprostował, rzucając mu krótkie, zatytułowane "to-ja-mam-rację!" spojrzenie i, mijając go, odszedł. Tamten ponownie za nim podążył.
- Czyli jestem wybrany? - zapytał nie rozumiejąc i patrząc za nim.
- Oczywiście, że nie. - prychnął w odpowiedzi.
- To jakim cudem mi ją pokazujesz?
- Na przykład takim, że mi się kurwa wjebałeś pod prysznic i już nie mam wyjścia! - warknął, a Mike zaczął się śmiać. Bennington przechodząc do salonu zapomniał, że w tym domu znajduje się też Beatrice i wparował tam na luzie z gołą klatą. Kobieta zerknęła przez ramię, by dowiedzieć się, kto przyszedł jej przeszkadzać - i to, co zobaczyła, wywołało u niej niemal efekt furii. Chester wystraszył się na śmierć.
- GDZIE TY MI TU PRAWIE NAGO PARADUJESZ, SZCZENIAKU!! CO TY SOBIE WYOBRAŻASZ?! - wykrzyczała wściekle w stronę wręcz uciekającego z tego miejsca osiemnastolatka.
- Już, już, najmocniej przepraszam - zdążył tylko wykrztusić i szybko wrócił się do kuchni, oddychając ciężko i zastając szaleńczo śmiejącego się w blat kuchenny Shinodę. Sam po krótkiej chwili zsunął się po ścianie i usiadł - nadal w ręczniku - na kafelkach, przeczesując krótkie włosy obydwiema dłońmi i zaśmiewając się z głupiej sytuacji sprzed chwili.


*


- Stary, nie idziesz.
- Ale przecież muszę...
- Nie musisz. Nauczyciele już na pewno wiedzą co się z tobą stało, dlatego będzie to naturalne, że cię nie ma w szkole. - argumentował - Poza tym przecież nadal masz zawroty głowy... A to nie jest normalne. I, człowieku, ty przecież straciłeś pamięć! Mówię ci, żebyśmy poszli do lekarza!
- Nie!
- Dobra... Jesteś głupi! Przecież to może być coś poważnego...
- Będę i najgłupszy na świecie, ale i tak tam nie pójdę. - uparł się niczym mały, durny dzieciak.
- Ech... no dobrze.. Miejmy nadzieję, że to tylko przejściowe. Ale proszę cię, czy ty naprawdę chcesz iść do szkoły? Wstawać o siódmej? Być znowu poniżanym przez Stevensem? - nakłaniał go, wykorzystując to, że nie pamięta prawie nic z dnia wczorajszego; co za tym idzie - Stevens nadal był dla niego wrogiem. Nie było to jakoś specjalnie przemyślane, bowiem Chester nadal nie znał powodu tego ich rozczulania się nad sobą nawzajem. Musiał się jak najszybciej tego dowiedzieć.
 Miał tą sprawę do załatwienia samemu w budzie, więc nie mógł pozwolić Mike'owi się w niej w najbliższym czasie znaleźć.
- Hmm.. postawię się mu! - wpadł na wspaniały pomysł. Coś, jakby historia miała się powtórzyć. Czyżby Mike był skazany na déjà vu?
- Z rozwaloną głową?! Teraz to mi ciśnienie podniosłeś! Prędzej się zesram, niż wyjdziesz jutro z tego domu. - oznajmił gniewnie. Po tym wyskoku Mike dziwnie wydął usta, przybierając zarazem minę porównywalną do "not bad" i na dłuższą chwilę zapadła cisza. Za jakieś pół minuty Shinoda próbował podzielić się swym spostrzeżeniem.
- Przecież i tak jeszcze będziesz sr...
- Nie kończ tego zdania - przerwał mu raptownie i oschle, po czym zapadła kolejna głupawa cisza, po której kilkusekundowemu trwaniu Mike zaczął się po prostu śmiać. Tamten spojrzał na niego, nadal z niezadowoleniem marszcząc brwi.
- Ale naprawdę będziesz...
- Zamknij się, powiedziałem! - zganił go, po czym kąciki jego ust mimowolnie i lekko uniosły się.
- Ha! Uśmiechasz się!
- Nieprawda. - odparł, odwracając się całym ciałem i zanosząc się cicho nieopanowanym, głupawym chichotem.
- Słyszę! Słyszę, jak się śmiejesz!
- No dobra, przyznaję - odezwał się znów Bennington, odwracając się do niego z niepoważnym uśmiechem - użyłem złego słowa. A ty jak zwykle się czepiasz i nabijasz!
- Bo to śmieszne!
- I co z tego? Rany, Shinoda, czy ty chociaż raz możesz być poważny?!
- Jak mi walisz takimi tekstami to wybacz, ale nie dam rady - śmiał się.


 *

  Końcem końców Bennington nie pozwolił Mike'owi wyjść z domu. Z powodu osłabienia Shinody przegrał on decydującą bitwę z Chesterem, która miała zadecydować, czy chłopak wychodzi z domu czy nie. Co jak co, ale oni to potrafią rozstrzygnąć spór...
 Gdy tamten tylko znalazł się w szkole, starał się odnaleźć Ethana. Udało mu się to dopiero na którejś z kolei przerwie.
- Hej, ty! - wykrzyczał Bennington do stojącego paręnaście metrów od niego chłopaka. Tamten odwrócił się wściekle, szukając wzrokiem autora tych haniebnych dla niego słów; jednak gdy ujrzał podchodzącego do niego zdenerwowanego Chestera, wystraszył się. Przez niedawno zaistniałe sytuacje Chaz miał ten przywilej mieć Stevensa w garści...
  Szybkim ruchem głowy odpędził od niego trójkę równie przerażonych pomocników, którzy bez gadania odeszli będąc zażenowanymi przed Benningtonem. Nastolatkowie szybko stanęli oko w oko.
- Mam do ciebie sprawę... na pewno wiesz, kogo ona dotyczy. - zaczął surowo. Tamten nienaturalnie szybko wymiękł, spuścił wzrok i niechętnie przytaknął. - No. Więc... musisz mi powiedzieć, co tam się działo. To ważne. Nie chcę się z ciebie nabijać, czy coś. - mówił nerwowo, ale stanowczo. Tamten zmarszczył brwi w niezadowoleniu.
- Dlaczego nie powie ci tego ten.. no.. ten chłopak... kurwa, jak on się..
- Mike. - burknął ze zirytowaniem, bowiem tylko matoł by nie zapamiętał imienia tak często spotykanej osoby.
- ...Mike. Dlaczego?
- Boo.. - zmieszał się. Wyjaśnienie faktycznej wersji nie wchodziło w grę. To by zniszczyło cały jego plan. - Nie chce mi powiedzieć. A ja muszę to wiedzieć, bo mam pewną sprawę do załatwienia - której treści nie musisz znać. - widząc nadal niezdecydowany i gniewny wzrok Ethana, Chester sapnął - To pozostanie tylko między nami.. no i Mike'em. - sprostował, patrząc mu wyczekująco w oczy. Tamten zrezygnowanie westchnął.
- No dobrze...
---------------
Po skończonej opowieści Bennington, oparty ręką o ścianę, patrzący gdzieś w podłogę i przejeżdżający językiem po zębach - nie odzywał się, wprawiając Stevensa w zakłopotanie. Tamten speszył się i złapał się dłonią za przedramię drugiej ręki, ściskając je niespokojnie.
- Więc to o to chodziło... - mruknął wreszcie nieobecnie Chaz. Poznając prawdę cieszył się z tego, że to właśnie tak wyglądało - to była jedynie nic nie znaczące dodanie otuchy ze strony Mike'a. Cała jego dotychczasowa zazdrość w jednej chwili stała się karygodna, niestosowna i po prostu głupia. Karcił się w myślach za wszystko, co zrobił niekorzystnie dla otoczenia; jednak najważniejsze i najlepsze dla niego było akurat to, że Mike niczego nie pamięta.
- Dobra. - mruknął, by zakończyć ten wątek. Stevens rozpromienił się i zbierał się, by sobie pójść. - Ale to jeszcze nie koniec - dodał Chester, by chłopaka ostudzić.
- Co jeszcze? - sapnął, wyraźnie okazując zniecierpliwienie. Stał się bardziej pewny siebie, niż z początku rozmowy.
- Hej hej hej, a ty co? Czyżbyś się za bardzo nie rozhulał? Przypomnę ci tylko, że jestem od ciebie starszy.
- Co wcale nie znaczy, że silniejszy - przerwał Stevens, spoglądając mu zuchwale w oczy.
- Chcesz się przekonać, szczeniaku?! - warknął ostro Bennington, przybierając groźny wyraz twarzy. Stevens jednak zrezygnował, odwrócił wzrok i zrobił wstydliwą minę. Chester był jednak od niego wyższy, więc miał przywilej czuć się pewniej.
- Jeszcze raz. Jeszcze raz i pożałujesz. - pogroził agresywnie. - Przejdźmy do rzeczy, bo to zwykła dziecinada - rozejrzał się, by mieć przekonanie że nikt ich teraz jakoś specjalnie nie podsłuchuje - Słuchaj mnie teraz uważnie. Masz zostawić Mike'a całkowicie w spokoju. Rozumiesz? - rozkazał srogo, by tamten znów nie zaczerpnął znikąd szczeniackiej odwagi i nie miał czelności czegoś mu wytknąć. - Nie odzywać się do niego, nie zaczepiać go, po prostu: dać mu wreszcie święty spokój. Wydaje mi się, że sobie na to zasłużył - ostatnie słowa praktycznie wysyczał. - I nigdy, pod żadnym pozorem - nie wspominać o tej sytuacji, o której mi niedawno powiedziałeś. Dać. Mu. Spokój. - wyszeptał dobitnie. Już miał zostawiać go samego, gdy nie pozwoliło mu ciche, nieśmiałe pytanie, niepewnie zadane przez Stevensa.
- Do czego to wszystko prowadzi?
- Mam własne sprawy. Nie powinieneś ich znać i tym bardziej się w nie wtrącać - wywarczał, po czym odwrócił się i po prostu odszedł.
Ethan jeszcze dłuższą chwilę stał w miejscu, analizując słowa wypowiedziane niedawno przez Benningtona. Wreszcie ocknął się i szybko opuścił to miejsce, odnajdując Christophera, Marka i Gerarda. W czwórkę znów tworzyli popłoch wśród licealistów; co tak bardzo uwielbiał. Idący wolnym krokiem przez korytarz z trójką wspólników za plecami, rozglądający się ze złym uśmiechem nastolatek - obraz przedstawiający wizję prawdziwego Ethana Stevensa. Nagle zadowolony z siebie chłopak odezwał się z wyczuwalną dumą z siebie w głosie.
- Chłopaki, musimy znaleźć nową ofiarę do poniżania.


*


- Jak tam w szkole? - zapytał Mike, wstawiając wodę na herbatę.
- Nic interesującego. Profesor Eric się o ciebie pytał.
- O mnie? - zdziwił się tamten, otwierając szeroko oczy i gwałtownie zaprzestając aktualną czynność.
- Tak. Zapytał się na całą klasę, co to za akcja była w piątek, to powiedziałem, że straciłeś przytomność. A potem się dziadyga dopytywał, no i...
- Po co mu mówiłeś? - przerwał mu nagle, będąc nawet lekko zawiedzionym Benningtonem.
- No pytał się, co miałem zrobić? Wszyscy wskazali mnie jako tego, który najwięcej wiedział... - wyjaśnił nieśmiało. Mike westchnął.
- Czuję się głupio. - przyznał po jakimś czasie, opierając się dłońmi o blat kuchenny.
- Niby dlaczego?
- Nie pamiętam przecież kompletnie nic z tego, co się działo w piątek. Może oprócz tego, że wstawałem rano do szkoły. - wymruczał i zasięgnął po chusteczkę z pudełka stojącego na parapecie, by wydmuchać nos.
- Daj spokój. Nic nadzwyczajnego cię nie ominęło, o to nie masz się co martwić - zapewnił go fałszywie. Tamten spojrzał na swojego rozmówcę, ale Bennington nie odwzajemnił spojrzenia. Udawał, że się zagapił w jakieś miejsce na szafce, by nie patrzeć mu w oczy. Nienawidził patrzeć w oczy podczas kłamstwa. Wypalający, zagłuszający syk sumienia rozprzestrzeniający się w jego głowie; wsparty widokiem tak dla niego ważnych tęczówek przyjaciela - był nie do zniesienia..
Czajnik zaczął piszczeć.
- Herbatę? - zaproponował siedemnastolatek, skupiając całą swoją uwagę na czajniku.
- Poproszę - odpowiedział Chester, wzdychając przeciągle.
__________________________________________________________________________
Tak, wiem doskonale, co sobie teraz myślicie: znajdziecie mnie, zastrzelicie, ukatrupicie, zadusicie, zjecie i zakopiecie, a potem wskrzesicie, żebym wam pisała kontynuację. Nikczemnicy! 
Co do terminu pojawienia się kolejnego rozdziału padało wiele wersji, jednak tą prawdziwie wykorzystaną datą okazał się dopiero dzień dzisiejszy. Przepraszam za tak obrzydliwie długą przerwę, ale na moją nieobecność jest w miarę racjonalne wyjaśnienie - dupy mi się nie chciało ruszyć. Aha, no i może też dlatego, że nie miałam czasu.
I co o tym sądzicie? Wszelkie zastrzeżenia, uwagi, sugestie, zastrzeżenia, uwagi i zastrzeżenia prosiłabym o zawarcie w komentarzu. 
Postaram się następnym razem nie zwalić sprawy i dodać coś nowego nieco szybciej :P

piątek, 7 lutego 2014

Rozdział XII

- Już, już, Stevens, cicho.. - uspokajał go usilnie Mike. Mimo wszystko czuł się lekko niezręcznie i dziwnie. Nie pasowało mu to, co się dzieje.. Nie pasowała mu bliskość Ethana. Nie pasowało mu to, że był tak cholernie miękki i przyjemny. Bał się każdej chwili, w której ktoś mógłby ich zobaczyć. Wiedział jednak, że musi mu w tej chwili pomóc, bo inaczej się rozpadnie. Wiedział to z własnego doświadczenia.
    Szlochom nie było końca. Ethan wtulił się w niego już nienaturalnie, wręcz niestosownie. Shinoda tylko starał się to ignorować i jak najszybciej się od niego odkleić...
- Ethan... - powiedział cicho, łapiąc go ostrożnie za ramiona i odsuwając od siebie. "Człowieku, ogarnij się!" - pomyślał i jak bardzo by chciał rzeczywiście to powiedzieć, nie mógłby. Spojrzał mu w zapłakane i rozbiegane oczy.
- Spójrz na mnie. - sapnął, bowiem tamten tylko tego chciał uniknąć. Wreszcie wykonał jego polecenie, jednak strasznie strachliwie i nadal łzy cisnęły mu się do oczu. Miał już właśnie coś mu powiedzieć, ale Ethan w porę go wyprzedził.
- Prze.. przepraszam - wyszeptał zrozpaczonym głosem i starał się za wszelką cenę ogarnąć. - Przepraszam cię za.. wszystko - Spojrzał mu w oczy i głęboko odetchnął, połykając własne łzy. W Mike'u coś w tej chwili pękło. Cały czas trzymając go za ramiona, raptownie przysunął go do siebie i znów zacisnął w silnym uścisku, czując mocno obejmujące jego plecy ręce. On sam próbował uspokoić szalejące w nim myśli, mieć sytuację pod kontrolą...

*
Chester
*


 Mike, Mike, powiedz, że tu jesteś!... Zaczynam tracić już nadzieję.. Biegam po tym lesie jak niezrównoważony psychicznie. Chociaż grzyby bym mógł pozbierać, ale to nie ten sezon..
Nie, nie mogę się poddać. Nic teraz nie jest ważniejsze, niż Mike. Nawet grzyby. Poważnie!
Ej, chyba coś słyszę. Coś, czyli kogoś.
Płacz?
Nie, na pewno się przesłyszałem.. Dobra, lepiej to sprawdzę, bo może rzeczywiście ktoś tam jest a nie mam nic do stracenia. Mam tylko nadzieję, że to nie mój Mike ryczy.. Nie, to nie ma prawa bytu. Chyba by mi serce pękło.
    Koniec gadania. Zacząłem biec szybkim truchtem w stronę niedawno słyszanego odgłosu. Chwila, czy ja coś widzę? Nogi! Ktoś tam stoi! Więcej osób.. Trójka jakichś chłopaków.. Schowam się za tym krzakiem. Muszę ogarnąć, kto to jest.
Gerard, Mark i Christopher. No to są chłopaki ze szkolnego gangu. Ale gdzie jest ich przywódca, Ethan? Bez niego są kompletnie zagubieni.. Pewnie dlatego stoją jak takie trzy sieroty. Spoglądają gdzieś ukradkiem, ale starają się tam cały czas nie patrzeć.. Zaraz, co takiego tam jest? Kurde, nic nie widzę. Różne rośliny mi zasłaniają. Chyba z każdej możliwej strony patrzyłem.. Dobra, walić to, wstaję i idę tam. Jestem pewny, że robią coś z Mike'em; a na to nie mogę pozwolić.
    Wstałem z klęczek i wyszedłem zza krzaka. Wspominana trójka od razu spojrzała na mnie w ten sposób, jakbym właśnie miał im powiedzieć, co mają robić. Oni są zbyt głupi, by działać samemu. Dobra, ale nie o tym. Na co się tak gap...
Czy ja źle widzę?
Stanąłem jak wryty, patrząc na dwójkę chłopaków z obrzydliwym niedowierzaniem. Oni nie usłyszeli mnie, więc nie wiedzieli nic o mojej obecności. W pewnym momencie uznałem, że mam zwidy i przetarłem dokładnie twarz. Po tej czynności spojrzałem znów w tamtą stronę ze stuprocentowym przekonaniem, że przytulająca się para okaże się ułudą.
Nie, to nie jest ułuda.
Ogarnęła mnie niekontrolowana fala furii.
- Co tu się do cholery dzieje?! - wykrzyczałem podchodząc do nich kilka kroków bliżej, lecz nadal były to metry odległości. Nie panowałem nad emocjami. Mike momentalnie zwrócił część ciała w moją stronę, jednak nie puszczał całkowicie równie zaskoczonego Ethana. Obejmował go nadal jednym ramieniem.
- Chester! - zawył żałośnie. Ogarnęło go zawstydzenie i panika. Ach, jak łatwo czyta się z jego oczu!
- Tak, ja!! A co, miałem może nie przychodzić?! Nie szukać cię jak ten debil?! - wyrzuciłem z siebie pod wpływem chwili. Właściwie nie wiem, dlaczego jestem taki wściekły. Złość aż ze mnie kipi.. Kurwa, czy ja jestem zazdrosny?!
- Chaz, proszę cię.. - wybłagał, patrząc na mnie smutno.

   Był naprawdę zagubiony w tej sytuacji. Chciał podejść do Chestera by go ostudzić, ale nie mógł zostawić nadal ryczącego Ethan'a.. Myśli tłukły mu się w głowie nie wnosząc niczego konkretnego, wszystko było na jego głowie, zrobiło mu się słabo i do tego szybka, niezwykle ważna decyzja odnośnie swego postępowania.. Stevens czy Bennington?
Niby to najprostszy dylemat na świecie; oczywiście, że Bennington! Czy wróg równa się z najlepszym przyjacielem?
Spójrzmy na to inaczej.. proszący o wybaczenie, pokorny chłopak, który niegdyś był twoim największym wrogiem ale wreszcie dał sobie spokój i ma nadzieję na rozpoczęcie wszystkiego od nowa; czy denerwujący, niewyrozumiały przyjaciel, który nie wiedząc o co chodzi robi z dobrego uczynku wielką aferę? Pomoc osobie która jej teraz bardzo potrzebuje, czy i tak nieunikniona kłótnia z przyjacielem?
  A teraz? Znasz odpowiedź?

- Dobrze, dobrze, już sobie idę. Nie przeszkadzajcie sobie - wysyczałem. Nie czekając na reakcję odwróciłem się i zacząłem gniewnie, szybkim tempem kroczyć w stronę szkoły, by wyjść wreszcie z tego przeklętego lasu. Po drodze, kątem oka zauważyłem stojących jak kołki, tych trzech głupich debili. Nigdy nie spotkałem nikogo bardziej tępego i niedomyślnego.
   Chwilę po moim odwrocie i paru stanowczych krokach usłyszałem za sobą parę szybszych wystraszonych oddechów, dziwnych, krótkich i zatroskanych pytań, trochę przeraźliwych krzyków a na końcu głuche uderzenie o ziemię. Co do cholery? Ciekawość wzrastająca we mnie dała górę i niechętnie obejrzałem się przez ramię. Moim oczom ukazał się Mike nieporadnie leżący na ziemi i grupka chłopaków nachylonych nad nim, macających go i gadających jak idioci. Co się stało?! Bez wahania podbiegłem do nich sprintem i stanąłem nad poszkodowanym, odpychając wściekle niepotrzebną resztę.
- Idźcie mi stąd, kurwa! - warknąłem z irytacją. Jak ja ich nienawidzę. Mike nie brzydził się dotykać Stevensa?! Dziwię się ogromnie....
Klęknąłem nad nim. Chwila, co to jest?! Plama krwi... rana! Na głowie! Matko boska, musiał się o coś mocno uderzyć.. no tak. Gałąź. Jak na złość. Ostra gałąź! Zacząłem z nadzieją go cucić.
- Mike, Mike! Żyjesz?!
W kółko powtarzałem jego imię, klepałem go niemocno po policzku... i nic. Wkurzyłem się.
- CO WY Z NIM KURWA ZROBILIŚCIE?!!! - wykrzyczałem w stronę przerażonej czwórki nastolatków. Dopiero teraz zdałem sobie sprawę z tego, ze stosowniejsze byłoby zapytać o to wcześniej... Odezwał się Ethan, gorączkowo wycierający łzy wcześniej zgromadzone pod oczami.
- Nic! Przysięgam! Stałem z nim, nagle stracił jakby łączność ze światem, chwiał się.. Musiałem go podtrzymywać, bo zwyczajnie stracił siłę. Chwilę wcześniej raptownie zbladł, potem się go pytałem czy wszystko w porządku, a on mi już nie odpowiedział tylko bezwładnie upadł na ziemię. Po prostu zemdlał.. - wytłumaczył szybko, obserwując, jak Chester nerwowo sprawdza puls.
- Ja pierdolę... Nie obudzi się - złapał się bezradnie za głowę. Raptem znów wybuchł gniewem. - NO RÓBCIE COŚ, POMÓŻCIE MI, A NIE KURWA STOICIE!! Trzeba go stąd zabrać!!
Pozostali zgodnie przytaknęli i widząc, że Bennington odchodzi na bok, zakłopotali się. Szczerze mówiąc nie mieli pojęcia, co powinni robić; czy skonstruować nosze, czy wziąć go za nogi i ręce, czy zadzwonić po karetkę..
   W międzyczasie szybko powiadomiłem matkę Mike'a o wydarzeniu. W zasadzie to mało się przejęła.. Kazała tylko przywieźć go do domu.. Chyba zaczynam rozumieć chłopaka.
   Zadzwoniłem na numer domowy, który całkiem przypadkowo znalazł się w moich kontaktach. Dobrze, że grzebałem Mike'owi w rzeczach. Po skończeniu pofatygowałem się, by im pomóc (hmm, może raczej przejąć inicjatywę, bo te sieroty bały się Shinody nawet dotknąć argumentując to tym, że mu coś zrobią.. siąść i płakać).
 Wydałem im parę rozkazów (huh, Chester, jakiś ty ważny!) i wreszcie wzięliśmy się do roboty.

   Tak teraz myślę, że ten cały incydent to właściwie tylko i wyłącznie moja wina. I, no tak.. przecież widać było po nim, że coś jest nie w porządku. Gorąco zaprzeczał, ale co z tego? I tak to było widoczne. Nasz mały Shinoda nie potrafi czegoś ukrywać. Tylko dlaczego tak się wzbrania tego, że jest chory...?
Ale tu nie chodzi o jego chorobę, tylko o mój wyskok... cholera jasna! Denerwuję się na swoją bezmyślność, gdy tylko sobie o tym przypominam. Kompletnie nie przemyślałem swojego zachowania. Nie przemyślałem okoliczności, nie przemyślałem skutków, nie przemyślałem przyczyny. Po prostu dałem upust emocjom, które nagle pojawiły się we mnie, nie myśląc. Liczył się dla mnie tylko i wyłącznie fakt "zdrady".
To brzmi dziwnie.
   Chester, nie masz prawa tak wydzierać mordy na niewinnego Mikey'go, jakby wyrządził ci jakąś wielką krzywdę! To absurdalne! On musiał się czuć wtedy paskudnie, a ja czerpałem z tego satysfakcję... Nie masz ani jednego usprawiedliwiającego cię wytłumaczenia dotyczącego tej sytuacji. A się biedak wystraszył i zestresował, a biorąc pod uwagę jego nie najlepszy stan to wszytko zaczyna się układać. Osłabiony, nie dał sobie rady, był zbyt spanikowany i w przerastającej go sytuacji..
 Skąd wiem dokładnie, co czuł? Jego oczy wyrażają wszystko. Nie wiem, czy to wada czy zaleta, bowiem każdy może mieć wgląd do jego duszy i wyczytać to, co aktualnie czuje..
Albo tylko ja tak mogę?
Niee, to niedorzeczne. Niby dlaczego akurat ja? Miałbym jakieś magiczne moce? Błagam.. 
    Dobra, koniec! Teraz nie zajmuj się swoją idiotyczną osobą. Teraz Mike jest najważniejszy. On i jego zdrowie..

*

- Chester! Co ty.. to ten Mike?! Stary, co tam się działo?! Co mu jest?! Pobili go?
Gdy znalazłem się z nim i resztą w szkole, zaraz zaczęli zbierać się gapie. Masa natrętnych ludzi, jeszcze więcej denerwujących pytań. Jakby mi jeszcze złości na dzisiaj było mało... Zaraz eksploduję.
- Co się stało?!
- Wy go przynieśliście??
- O co chodzi?!
- To ketchup? 
- Kto to jest??
- Sprawdź mu puls!!
- Żyje?
- Czemu ma tu krew??
- Powiadomiłeś karetkę?!
- Co mu zrobiliście?!
Nie. Mam dość. Pora teraz na mnie.
- WYKURWIAJCIE STĄD TĘPE SZMACISKA, TO NIE JEST WASZE ŻYCIE! JEST CODZIENNIE W TEJ SZKOLE, WSZYSCY MACIE GO, KURWA, W DUPIE, A TERAZ NAGLE WAM CAŁY ŚWIAT PRZYSŁONIŁ?! TAK, POWIADOMIŁEM ODPOWIEDNIE OSOBY. GÓWNO WAS TO OBCHODZI, CO MU SIĘ STAŁO I WYPIERDALAJCIE STĄD, WSZYSCY!! ABSOLUTNIE WSZYSCY!! CHCĘ Z NIM BYĆ KURWA SAM, S A M!! - wykrzyczałem z niewyobrażalnym zapałem i wściekłością.
Teraz obserwuję jak wszyscy w popłochu odchodzą ode mnie i poszkodowanego. Ethana i jego paczkę nie widziałem od momentu, gdy przeszliśmy przez szkolną bramę. Zwiali od razu...
   Gdy wreszcie zostałem sam z Shinodą, a wszyscy natrętni uczniowie postanowili znów mieć Mike'a w dupie, usiadłem koło niego spoglądając smutno w jego spokojną twarz, wyrażającą niestety zaledwie obojętność. Wyglądał, jakby tylko spał. W jednej chwili ogarnął mnie smutek i wielka fala wyrzutów sumienia. 
- Przepraszam... - wyszeptałem bardziej do siebie, bowiem nie było najmniejszej możliwości, by Spike w tej chwili się obudził. A, no właśnie.. Spike, jego ksywka.. Już nawet zapomniałem...
    Niby tylko zemdlał, a ja przeżywam to tak, jakby opuścił bezpowrotnie świat żywych. Chester, spokojnie, nie wyolbrzymiaj! Wybudzi się na sto tysięcy procent. To tylko nic nie znaczące omdlenie spowodowane nagłym stresem i niezbyt dobrym samopoczuciem. A ta rana? Nie, to raczej nic poważniejszego. Tylko się skaleczył. Trochę bardzo się skaleczył.. Fuck.
   W sumie.. strasznie mi go szkoda. Dokładnie nie wiem, dlaczego przytulał tam tak tego Stevensa (gdy o tym myślę mam ochotę wpaść w furię i rozwalić wszystko, co stanie mi na drodze.. zaczynam poważnie podejrzewać, że rzeczywiście jestem o niego zazdrosny, co, kurwa mać, nie ma prawa bytu!), ale z pewnością miał jakiś powód, który by go w zupełności i bez gadania usprawiedliwił. Przecież nigdy nie przytuliłby kogoś, który znęca się nad nim jak nad nikim innym..
     Cholera, biedny Mike.
Poza tym pierwszy raz w życiu widzę, jak Ethan ryczy. Mogę przysiąc! A po tej nędznej trójce to w sumie się tego spodziewałem. Nie potrafią robić kompletnie nic bez wydanego konkretnego rozkazu. Ciekawe, jak by radzili sobie w szkole, gdyby nie było Stevens'a? Byliby jeszcze gorszymi popychadłami niż mój biedny Mikey!
 Dobra, koniec gadania. On się chyba naprawdę szybko nie wybudzi.. Widzę szkolną pielęgniarkę, biegnie w moją stronę z apteczką. Ech. Potem złapię jakąś taksówkę...

*
Po jakimś czasie, w domu
*

   Właśnie siedzę sobie na kanapie i gapię się w telewizor, w którym nadają znów jakieś wyolbrzymione, wcale do szczęścia niepotrzebne informacje. Skandale, potyczki polityczne, gwiazdy i inne gówna.
Czuję się obrzydliwie, siedząc niedaleko nieprzytomnego Mike'a z obandażowaną głową. Zaraz się rozpłaczę. Nie mogę na niego patrzeć, bo mam ochotę zacząć wrzeszczeć i histeryzować przez moją nieudolność. To trudne do zniesienia, gdy widzisz, że twój przyjaciel jest nieprzytomny, a ty nie możesz nic zrobić; ba, oglądasz sobie jeszcze telewizję w najlepsze. Tak naprawdę to nawet jej nie oglądam, tylko myślę na temat wielu spraw.
   Jest ze mną, niby tak; ale mentalnie go nie ma. Owszem, mogę go dotknąć, poczuć, mieć świadomość że leży koło mnie; ale co mi z tego, gdy nie mogę poczuć na sobie jego wzroku? Gdy nie mogę usłyszeć jego głosu lub śmiechu, gdy nie mogę zostać ściśniętym w jego ramionach?! Gówno nie obecność! Jego ze mną nie ma! To jakaś paranoja..
   Nie pytajcie, jak się tutaj znaleźliśmy. Sam tego nawet dokładnie nie wiem.
Wiem tylko tyle, że jestem pod wrażeniem. Czego? Jestem pod ogromnym wrażeniem nieczułego serca pani Shinody. Obecnie nie ma jej w chacie, pojechała chyba do apteki, właściwie to sam nie wiem po co. Kazała mi siedzieć tutaj z Mike'em. Ale nie o tym..

Siedziałem na miejscu, dorosła leżała większą odległość ode mnie na kanapie. Była pochłonięta jakimś tandetnym reality-show. Ja tkwiłem nad nieprzytomnym chłopakiem, lustrując go od stóp do głowy i minimalnie się trzęsąc (z przerażenia, czy może przejęcia; nie wiem). Ta sytuacja była dla mnie naprawdę.. niewygodna.
- Co teraz, pani Shinoda? - jęknąłem, spoglądając na nią żałośnie. Ta tylko machnęła dłonią, nie odwracając wzroku od ekranu.
- Daj spokój, wybudzi się.
Nie. Wierzę.
Jak można być tak obojętnym na cierpienie WŁASNEGO SYNA?!
Złość się we mnie kumuluje.. Nie, nie mogę wybuchnąć. Nie mogę znów popełnić tego samego błędu. Nie mogę wypuścić tych emocji na zewnątrz. Nie mogę wykrzyczeć jej prosto w twarz, co o niej myślę. Chester, oddychaj. Nie myśl o tym. Najważniejszy jest Mike, jego zdrowie i dobro. Nie mogę znów wszystkiego zaprzepaścić! Siedź cicho, zamknij ryj, tylko bądź przy Spike'u. On, mimo to że jest gdzieś w innym świecie, potrzebuje tego teraz.. czyjejś obecności.

   Po krótkim rozważaniu (które widzicie powyżej) spojrzałem na kobietę wzrokiem pełnym pogardy. Zauważyłem jednak, że ona mi się (chyba nawet od dłuższego czasu) przygląda i momentalnie zmieniłem wyraz twarzy. Zaczęło mi szybciej bić serce, ale ona początkowej miny na szczęście nie zauważyła lub zignorowała. Uff, jak dobrze!
 Chwilkę patrzyliśmy sobie w oczy, lecz ona pierwsza odwróciła wzrok. Nie mam pojęcia, z jakiego powodu; czy się zawstydziła, czy jest to dla niej zbyt osobliwe, czy nie miało to konkretnej przyczyny, czy nie chce patrzeć mi w oczy bo mnie nie lubi, czy Bóg wie co. Mam tylko nadzieję, że nie to ostatnie.
- Widzę, że bardzo ci zależy na tym, by być w tej chwili blisko niego - powiedziała, z czasem znów spoglądając mi w oczy. Ja uśmiechnąłem się słabo i odwróciłem wzrok, zmieniając go na tego, o którym rozmawiamy.
- Żeby pani wiedziała, jak bardzo - mruknąłem niegłośno, jednak na tyle, by kobieta dobrze to usłyszała. Znów na nią spojrzałem. Uśmiechała się. Co prawda lekko, ale uśmiechała się. Ma piękny uśmiech, dokładnie taki sam jak Mike. Już wiem, po kim go odziedziczył. 
Chwilę potem wstała i zakomunikowała mi, że wychodzi i wróci za jakiś czas. Gdzie ją do kurwy nędzy znowu niesie?! A nie, dobra, dopowiedziała że do apteki. Nieważne...

   No, tak to się sprawy mają. Sytuacja sprzed jakiejś może pół godziny. Szkoda tylko, że dopiero po mojej odpowiedzi zmotywowała się by pojechać po te głupie leki, czy co tam zamierza...
Dobra, nie mogę tak skakać po kanałach. Przede wszystkim muszę spróbować ignorować to zżerające moje serce uczucie. Kłuje mnie niemiłosiernie za każdym razem, gdy zwrócę się w jego stronę. Poczucie winy jest naprawdę...

Cóż, nie dokończyłem swoich kolejnych bezcelowych rozmyślań, gdyż przerwał mi cichy i niewyraźny, acz już zirytowany głos.
- Moja głowa...
Momentalnie spojrzałem na leżącego koło mnie chłopaka. Trzymał się dłonią za głowę i cicho jęczał. Prawie rzuciłem pilotem i już za sekundę znalazłem się koło niego.
- Mike! - niemalże krzyknąłem, niesamowicie ucieszony tym faktem, że się wybudził.
- Srajk. Nie drzyj japy, zaraz mi mózg pęknie.
- Przepraszam. Czekaj, przyniosę ci wody.
Jak poparzony pognałem do kuchni, chwyciłem za butelkę i wróciłem się, driftując na zakrętach. Zastałem śmiejącego się słabo Shinodę.
- Z czego się śmiejesz? - burknąłem, klękając przy nim na podłodze.
- Spieszysz się, jakbym umierał - wyjaśnił, spoglądając na mnie rozweselonymi oczami. Uh, tak dawno ich nie widziałem z bliska..
- Fakt - zaśmiałem się - No ale nie gadaj, siadaj i łap tą wodę. - powiedziałem, wstając z podłogi i siadając na kanapie obok niego. Wykonał moje polecenie, położył nogi na siedzeniu podsuwając kolana bliżej twarzy i napił się dużej ilości płynu z butelki. Ja w tym momencie lampiłem się na niego jak powalony. Niesamowicie się przejmuję.
Gdy skończył, zaraz zasypałem go gorącymi przeprosinami i falą pytań.
- Mike, proszę wybacz mi za moje chamskie zachowanie! Przepraszam cię tak bardzo, z całego mojego durnego serca! A jak się czujesz? Nadal cię boli? Pamiętasz w ogóle, co się stało? Byłeś nieprzytomny dwie godzi...
- Hej hej hej hej hej, Chester! Daj mi chwilę odsapnąć. - przerwał mu Mike. Wydawałoby się, że słowa płynące z ust Benningtona w jakiś dziwny sposób raniły słuchacza. No tak, przed chwilą się wybudził, ma teraz przewrażliwione zmysły.
- Masz rację, musisz dojść do siebie. Przepraszam.
- Nie, nic się nie stało. - uśmiechnął się do mnie promiennie. Jego oczy nadal nie były całkowicie rozbudzone. Wyglądał, jakby był śpiący. Miałem ochotę znów otworzyć jadaczkę i zacząć go wypytywać, ale w sumie wolałem spędzić ten czas na przyglądaniu się mu, jak zamyka oczy i opiera błogo głowę o oparcie. Mimowolnie uśmiechnąłem się słabo. Po chwili chłopak zmarszczył brwi i odezwał się ze zdziwieniem w głosie.
- Jak ja się tu znalazłem? I za co ty mnie, człowieku, przepraszasz? I dlaczego mam na sobie ten bandaż?!
- Cóż.. no jakoś cię tu przywlokłem.. - sapnąłem, spoglądając na podłogę.
- A co się w ogóle stało? I za co mnie przepraszasz?
- Słuchaj Mike, to ja powinienem cię teraz pytać, nie ty mnie! - zaprotestowałem z uśmiechem, a tamten zrobił minę obrażonego pięciolatka. Po krótkiej chwili jednak uśmiechnął się szeroko i wziął za odpowiadanie na wcześniejsze parę pytań.
- Czuję się w sumie nie za dobrze, ból bani zaraz mnie wykończy, ale.. wyłącz, do cholery, ten telewizor! - wskazał ręką na dosyć głośno działające pudło. Sięgnąłem ręką w tył, by odnaleźć pilota, ale no cóż; nie było go tam... Zacząłem przeszukiwać całą kanapę, wywalać poduszki i ogólnie robić pobojowisko.
- Kurwa, zgubiłem go. - wymamrotałem, a chwilę potem spojrzałem głupio na Shinodę. Tamten, w momencie kiedy to nasze spojrzenia się spotkały, wybuchnął śmiechem, widocznie wcześniej hamowanym.
- Nie śmiej się! - walnąłem przecząc samemu sobie, gdyż sam po chwili nie mogłem opanować chichotu. Gromki śmiech za moimi plecami wcale mi tego zamierzenia nie ułatwiał.
- Żeby zgubić pilota siedząc na dupie, to trzeba być Chesterem Benningtonem - stwierdził kpiąco, a ja na niego głupkowato spojrzałem. Maryjo, jest taki blady i słaby.. Boję się o niego.. O! No nareszcie, znalazłem! Głupi pilot.
   Szybko wyłączyłem natrętną telewizję i spojrzałem na ten syf, który zrobiłem. Wypadałoby to teraz posprzątać.. dobra, ale to potem. Usiadłem wygodnie i spojrzałem wyczekująco na uśmiechającego się słabo i obserwującego mnie Shinodę.
- No, mów! - ponagliłem go, gdyż raczej nie zamierzał niczego innego jak tylko gapić się na mnie.
- Aha! - walnął. Czy on naprawdę zapomniał o tym, że miał mówić?! Usiadł wygodniej... - No to ten, yy.. czy pamiętam co się działo? Nie, nie pamiętam. Przecież się ciebie nawet o to pytałem! Właściwie to nie pamiętam nic. Nie wiem, dlaczego tutaj leżałem, dlaczego jesteś teraz taki przewrażliwiony na moim punkcie, dlaczego tak mnie NADAL BANIA NAWALA - podniósł głos, wyraźnie zdenerwowany; ja uśmiechnąłem się głupio - i.. i w ogóle która godzina, dlaczego mam bandaż, gdzie jest moja mama, dlaczego nie jesteśmy w szkole, nic! Chcę wiedzieć.. wszystko! - powiedział, patrząc na mnie. - Mam tylko nadzieję, że nie zdarzyło się również coś dla mnie kompromitującego.. - mruknął.
- Niee, dla CIEBIE nie - wyraźnie podkreśliłem przedostatnie słowo, odchrząkując i robiąc dziwną minę, jednocześnie poprawiając coś pod dupą. Chyba kawałek koca się gdzieś mi pod zadem wtedy zawinął.
- Co masz na myśli? - zapytał nic nie rozumiejący Shinoda. Zmrużył powieki i zwichrzył fryzurę, nadając jej wygląd raczej.. NIEartystycznego nieładu*. On chyba próbuje mnie rozproszyć, bo to najsłodszy widok jaki w życiu widziałem...
- No, bo.. yy.. - zacząłem główkować. Nie, to bez sensu. - Nie. Najpierw mi powiedz, jaki ostatni moment zapamiętałeś.
Taa. Teraz z kolei Mike się zamyślił z głupim wyrazem twarzy. Zaśmiałem się.
- No dobra.. pamiętasz jak byłeś w lesie?
- Ugh.. a co tam robiłem? - zapytał z miną jakby wymawiającą "sorry". Już miałem mu wygarnąć, że bezkarnie przytulał się ze Stevens'em, gdy nagle mnie olśniło. Przecież to dla mnie świetna szansa! Przecież nie muszę mu o tym mówić! Mogę powiedzieć, że zbierał grzyby. A, nie.. to nie ten sezon.
Cholera.
No to powiem coś innego, ale.. TAK! On tego nie pamięta! On nic nie pamięta!! Mogę mu wmówić, że to się nie zdarzyło i znów będzie go nienawidził. Jestem genialny.
-  Aa.. n-nic.. - wydukałem, trzymając głowę zwróconą w dół i drapiąc się po tyle szyi. Mike najwyraźniej zauważył, że coś jest nie tak.
- Mów. - zażądał poważnym tonem, nie przyjmującym odmowy. Kurde, teraz muszę coś wymyślić! Szybko, Chester, myśl!
- No bo.. poszedłeś na wagary i... - zacząłem nieporadnie składać zdania.
- Co?! Poszedłem na wagary?! O nie, matka mnie zabije... - zrobił kwaśną minę. Kurwa, Chester, nie wychodzi ci. Może jednak powiem mu prawdę? A co jak dowie się od kogoś innego? Od Ethana czy kogoś tam...? Przecież ludzie go widzieli.. A jak się dowie, że go okłamałem to straci do mnie zaufanie! To chyba był głupi pomysł..
   Mike zauważył że dłuższą chwilę siedzę w milczeniu, zajęty myśleniem. Coś mu zaczęło tutaj nie pasować.
- Chester! O co chodzi? Czemu nie kontynuujesz? Czemu tak zawzięcie myślisz? - zaciekawił się. Zrobiło mi się gorąco.
- Bo sobie przypominam. - skłamałem bez skrupułów. O, chociaż to mi dobrze wyszło.
- Aha..  No i przypomniałeś sobie coś?
- Czekaj, jeszcze myślę! - przytrzymałem dłoń w powietrzu w geście "stop!", nie patrząc na niego, tylko gdzieś na dywan.
Wiecie, co wam powiem? Wymyślanie pod presją jest TAK ZAJEBIŚCIE TRUDNE, że zaraz się poddam! To naprawdę nie w porządku... Dobra, nie, Chester; musisz to zrobić, jak już zacząłeś!
- ...no i byłeś na tych wagarach, poszedłeś do lasu i... tam zbierałeś grzyby... - CO?! KURWA, POWIEDZIAŁEM TO?! NAPRAWDĘ?!
Mike spojrzał na mnie jak na idiotę. W sumie mu się ani trochę nie dziwię.
 - ...n-nie, nie grzyby! przecież jest czerwiec, hehe, jaki ze mnie idiota! - klepnąłem się nieprawdziwie w czoło. Moje zachowanie było tak sztuczne, że Mike musi mi naprawdę ufać że niczego nie podejrzewa, albo ma jeszcze jakieś mroczki przed oczami że tego nie zauważa. Tylko siedzi i mi się z zaciekawieniem przygląda, z tą swoją cudowną, rozwichrzoną fryzurą. Jest po prostu rozkoszny...
- ...nie wiem, poszedłeś tam po coś.. - wydukałem wreszcie, nieprzekonany o swoich słowach. Cholera, nawet nie potrafię wymyślić, co się zbiera w lesie czerwcem.. jakieś owoce? Nie, dobra, nieważne; to już sprawa zamknięta, teraz wymyślaj resztę!
- ...no i znaleźli cię Stevens z paczką.
- Ooo nie! Żartujesz sobie? I to dlatego tak mnie boli głowa? Pobili mnie? Miałem krwotok albo wylew mózgu? Umarłem? - przeraził się.
- Niee, nic z tych rzeczy. Po prostu cię znaleźli, ale ty im uciekłeś i wróciłeś do szkoły, a ja na ciebie.. tak trochę nakrzyczałem..
Mike już miał coś z niezadowoleniem powiedzieć, ale go wyprzedziłem, gdyż rozmyśliłem się co do swoich słów.
- To znaczy nie nakrzyczałem, tylko tak zwróciłem ci nerwowo uwagę, żebyś mi więcej nie uciekał i byłem na ciebie zły, bo mi nic nie powiedziałeś.. i ty wtedy poczułeś się źle i zemdlałeś, uderzając się mocno w głowę; stąd ta rana.Tak w wielkim skrócie - wyjaśniłem, spoglądając na niego nieśmiało. Odgarnął włosy z czoła i ponownie zmienił pozycję każdego kosmyka włosów na jego głowie. Mike, po cholerę tak się bawisz tymi włosami?! Czy ty chcesz całkowicie mnie rozkojarzyć?!
- Słuchaj, Chester; nie pamiętam żadnej z rzeczy, które mi teraz powiedziałeś, ale mimo to dziękuję ci za tą troskę, gdy mnie nie było i chcę cię jeszcze bardzo za to przeprosić. - wyznał, rozkładając ręce. Chyba robi mi się słabo. Namieszałem, strasznie namieszałem! Teraz niczemu nie winien Mikey mnie przeprasza i dziękuje.. Zrobiłem z siebie jakiegoś jebanego superbohatera! A najgorsze jest to, że już tego nie cofnę...
- Mike, nie masz mnie za co przepraszać! - jęknąłem, patrząc na niego jakby z bólem.
- Ależ mam. Nic ci nie powiedziałem, jak sobie szedłem. Ale ze mnie idiota.. Jak mogłem tak w ogóle postąpić?! - skarcił siebie samego. Nie mogłem na to patrzeć.
- Mike, przestań. Mnie wtedy nie było przez dwie lekcje, bo w czymśtam pomagałem profesorowi. - Taa; część prawdziwa w zakłamanej całości? Toś się, Bennington, postarał!...
- Ale przecież mogłem na ciebie poczekać. To tylko dwie lekcje. I tak jestem głupim kretynem.
- Przestań! - prawie wykrzyczałem, patrząc w jego zdziwione oczy. Cholera, to naprawdę nie miało tak wyglądać. Schowałem twarz w dłoniach i oparłem łokcie o uda. To nie miało tak się potoczyć, nie takie były plany...
Po niedługim czasie poczułem na swoich ramionach czyjś delikatny dotyk. Mike.. On jest taki subtelny, ja pierdolę...
Z chwili na chwilę dotyk przeobrażał się w przyjemny uścisk. Przytulił mnie od boku i zaczął minimalnie kołysać. Mike, masz pierdolone, przeidealne wyczucie.
- Co się dzieje? Przepraszam, jeśli coś...
- Przestań ty mnie do cholery przepraszać! - wybuchnąłem smutnym głosem. Co ja, kurwa robię?! Chester, pogrążasz się!! Znowu wszystko psuję! Zdałem sobie sprawę z tego, że znów wystraszyłem biednego Shinodę, a on tylko na mnie smutno spogląda swymi cudownymi paczadełkami. Mimo wszystko nie rozluźnia uścisku na moich ramionach.
- Nie, ja nie wiem co mówię. Wybacz mi, Mike, coś jest ze mną dzisiaj nie tak... - znów go oszukałem. Znów nie mówię mu prawdy. Znam powód mojego zachowania, ale nie chcę go zdradzać. Nie mogę mu teraz wszystkiego powiedzieć.. Jestem beznadziejny.
- Chcesz się czegoś napić? Tu jest woda, może sobie trochę łykniesz? - sięgnął po butelkę, pytając mnie troskliwie. Ja pierdolę, jakie on ma cholernie dobre serce!
- Nie, bo pewnie tam naplułeś. - odparłem, a on zaczął się głupio śmiać. Z czasem śmiech ponownie przeobraził się w przeraźliwy kaszel, a ja zacząłem go niemocno klepać po plecach. To najwyraźniej pomogło, bo się uspokoił.
- Wiesz co, lepiej nie pij z tej butelki, bo ja mam coś z gardłem i jeszcze się zarazisz.. - On to znowu robi! On się troszczy na każdym kroku!.... Musi być najlepszym przyjacielem pod słońcem... W przeciwieństwie do mnie. Kurwa mać, jestem jebanym kłamcą!! Westchnąłem i spojrzałem na niego smutno.
- Mike, przepraszam cię. Naprawdę niesamowicie cię przepraszam, że teraz.. tak krzyknąłem.. ale nie mogę znieść tego, jak TY mnie przepraszasz. Wina leży tylko i wyłącznie po mojej stronie, to ty jesteś tutaj poszkodowanym. Wiem, że nic nie pamiętasz, bo naprawdę mocno musiałeś się uderzyć..  i zaczynasz gadać głupoty. Uwierz mi, że to ja zachowałem się jak dureń, a ty tak, jak powinieneś. Proszę, wybacz mi - wyjaśniłem żałosnym tonem. Miałem ochotę się po prostu rozpłakać. To wszystko było bardzo złym pomysłem. Mogłem mu od razu powiedzieć prawdę...
    Spojrzał na mnie ze współczuciem. Kurwa, Mike, wolałbym, żebyś się na mnie wydarł i znienawidził, niż żebyś był tak cudownie opanowany i dobry! Dlaczego jesteś tak cholernie wyrozumiały?! To nienaturalne..
- Dobrze, nic się nie stało, Chester. Mamy to wszystko już za sobą. - uśmiechnął się do mnie. On jest niesamowity...
W tym momencie w domu rozległ się dźwięk otwieranych drzwi frontowych.
_____________________________________________________
*nieartystyczny nieład, moi kochani! coś w ten deseń: klik. przepraszam, że kwiatkowski, ale nie chciało mi się szukać w necie a gdzieś to zdjęcie już widziałam, także skojarzyłam. wybacz, Mike! wybaczcie, zranione paczadełka moich czytelników! :(
No to tak, specjalnie dla Was troszeczkę dłużej i równiutko tydzień różnicy. Wszystkich Was kocham, tych co zostawiają komentarze i nie zostawiają, po prostu Wam DZIĘKUJĘ. I żadnej opinii nie zostawiam bez rozważenia; możecie być absolutnie pewni, że każdy, choćby i najmniejszy komentarz zostanie przeczytany przeze mnie co najmniej trzy razy. Przy czytaniu Waszych, często zabawnych i nieraz przygłupawych komentarzy przez calutki czas się głupio uśmiecham. Kocham czytać Wasze bazgrołki dotyczące tego, co ja sama tutaj bazgrolę; jest to dla mnie naprawdę miłe i czymś w stylu "nagrody" za wysiłek związany z tym opowiadaniem.
   Dwunasty rozdział, a głupowata Bennodziara już taka popularna. Muszę przyznać, że nie spodziewałam się tego w najmniejszym stopniu; takiego zainteresowania moim marnym blogiem, jak i miłymi słowami. No a wszystkim innym życzę również tak zaskakująco pozytywnego odbioru, jak w moim przypadku! :)

Poza tym... LUDZIE! Zapraszam Was z całego serca na tego bloga: KLIK. Jest o rozpoczynającej się Bennodzie, a jak widać w najnowszym poście, autorka lekko podupadła na wierze w siebie. Powiedzcie jej, że to co tam wypisuje to są kompletne bzdury, żeby się nie łamała, a jej blog jest świetny!


UWAGA, ZMIANA TEMATU
ej, ludzie, tak tylko z dupy wam napiszę, bo właśnie płaczę ze śmiechu *może to moja głupota, nie wiem* ale słucham sobie tego o: zapodaj bit i tutaj takie bębny na początku i to mi się obrzydliwie skojarzyło z haną montaną, TĄ PIOSENKĄ: klik i zaczęłam się po prostu, najzwyczajniej w świecie śmiać na wspomnienie samej w sobie hany montany! JU GET DE BEEEEST OF BOŁ ŁEEERLDS! skoro o hanie, polecam jeszcze zajrzeć tutaj: klik, yeeaaah! Tak bardzo rock! \m/
właśnie mama mi weszła do pokoju, a ja zaczęłam śpiewać "NOŁBADIS PYYRFEKT!!!!", a ona najprawdopodobniej uznała że coś ze mną nie tak i wyszła. Chyba się z nią trochę zgadzam.
No ale... NOBODY'S PERFECT!

TYLKO WSPOMNĘ, ŻE LUBIĘ KOMENTARZE!

piątek, 31 stycznia 2014

Rozdział XI

6:59
Cisza.
Błoga, przyjemna cisza.
Przerywana co kilka sekund spokojnymi wdechami dwójki śpiących nastolatków. 
Promienie słońca ślepo przedzierają się przez zaciemnione okno, opatulając padłe fragmenty swym światłem.
Radosny dźwięk ćwierkania ptaków przebija się przez niegrube szyby w oknach.
Atmosfera jest relaksująca, spokojna i błoga.

- Let the bodies hit the floor..
- Let the bodies hit the floor..
Czy ktoś coś szepcze?
- Let the bodies hit the floor..
- Let the bodies hit the..  FLOOOOOOOOOOOOOOOR!!!
- OJACIEKURDEPIERNICZĘ!!!! 
Spokój został przerwany nagłym okrzykiem przerażenia, którego autorem był Chester. Rzucił się momentalnie na posłaniu, ocierając się o zawał.
Na Mike'u też dało się zauważyć niemałą, strachliwą reakcję, jednak w większym stopniu spowodowana była wybuchem towarzysza. Podparł się z tyłu rękami i spojrzał nieprzytomnie na Benningtona.
- Czego się drzesz? To tylko mój budzik! - zganił go, przecierając ręką zaspane oko. Muzyka nadal grała.
- Drowning Pool?! Na pobudkę?! NAPRAWDĘ?! - wyjęczał, nie mogąc tego zrozumieć. Był już całkowicie pobudzony, oddychał szybko i złapał się ręką za szalenie bijące serce.
- No a powiedz mi, że nie działa. - uśmiechnął się tamten, wstając z łóżka i wyłączając alarm w telefonie.
- No, w sumie... Ale prawie dostałem zawału. Mogłeś mnie chociaż na to przygotować.
- Po co? To zabawne.
- Zabawne?!
- No jasne! Gdybyś tylko siebie widział, to byś się kurde zeszczał. - zaczął się śmiać.
- Właściwie... - mruknął, drapiąc się ręką po tyle głowy. Próbował zamaskować pojawiający się na jego twarzy szeroki uśmiech. Nie zdołał jednak i po chwili wybuchł niepohamowanym rechotem, chowając twarz w jedną, rozłożoną dłoń.
- Nienawidzę cię.
- Też cię kocham. - zaśmiał się tamten.
- Przykro mi, ale nie odwzajemniam twoich uczuć. - odparł bez wyrazu. Chwilę wcześniej wstał z miejsca i w tej chwili szukał szczoteczki do zębów w swojej pseudo-kosmetyczce. Mike spojrzał na niego jakby z rozczarowaniem, zdziwieniem lub smutkiem; w każdym bądź razie przybrał minę bliżej nieokreśloną. Chester akurat się odwracał z wydobytą szczoteczką w dłoni, zmierzając ku wyjściu z pokoju. Po drodze napotkał spojrzenie Shinody, który ten, speszony tym nieplanowanym spotkaniem, gwałtownie go zmienił na jakiś przedmiot trzymany w ręku. Bennington zaśmiał się w duchu, natomiast na zewnątrz tylko promiennie się do siebie uśmiechnął. Podszedł do zawstydzonego Shinody, w międzyczasie chowając małą rzecz do kieszeni. Objął go od boku ramionami za szyję, przytulając się i pocałował go serdecznie w lewą stronę głowy. Po tych czułych czynnościach odszedł od niego i nawet się nie oglądając za jego reakcją, wyszedł z pokoju, powoli wydobywając niezbędną do zamierzanych celów szczoteczkę z kieszeni. Mike'a tak trochę.. troszeczkę.. zamurowało, także jeszcze dłuższą chwilę patrzył za nim na framugę drzwi.
   O co mu chodziło? Co chciał przez to przekazać? Czy to miało głębsze znaczenie, którego trzeba się godzinami doszukiwać? Miał coś konkretnego na myśli? Czy to czegoś początek? Czy to coś sugerowało? Czy warto tracić cenny czas na rozmyślanie o tym?
Odpowiedź brzmi: nie. Chester jest jednym z najbardziej prostych i bezpośrednich ludzi, żyjącym chwilą, chwilowym zauroczeniem bądź odczuciem człowiekiem. To, co robi, wcale nie rzadko będzie nieprzemyślane i pozbawione sensu.. ale po co ma go mieć? Po co ma wyrażać coś więcej?
No właśnie.. po co? Po co, Mike? Po co, w jakim, cholernym celu? Skoro nie miał nic do przekazania... albo tak, ale to zostało ukryte w jego sercu w ten sposób, że on sam nie ma pojęcia jaka jest przyczyna lub cel, lub po prostu głębiej się nad tym nie zastanawia. Czy kieruje nim tylko i wyłącznie serce? Czy przy jakichś nieokreślonych okolicznościach rozum przestaje działać? Chciałbym móc wiedzieć, o czym myśli i co czuje.. Chciałbym zajrzeć do jego umysłu.. Chciałbym zrozumieć go i jego zachowanie..
Zaraz... po co ja o tym myślę? Musimy zbierać się do szkoły. Dobra, Mike, szybko, bierz jakieś ciuchy...

*

Szkoła. Przerwa. Jeszcze się do mnie dzisiaj nie sapali. Jeszcze nie miałem okazji pokazać, że się zmieniłem. Na razie wszyscy zajęci są jakimiś głupimi rozmowami. Chester był ze mną, ale się zmył.. hej, gdzie on właściwie jest? Dobra, nieważne. Buda jest wielka, plac jest wielki, może być wszędzie. No nic, poradzę sobie. O, ławka. Klapnę. Matko, jaka niewygodna... Gówno nam tutaj do tej szkoły przywożą. Nieważne... Co ja mam w kieszeniach? Hmm.. niewyciszony telefon.. ups. No i? Coś jeszcze? Jakieś kabelki... słuchawki! Co?! Zepsute. No super. A już myślałem, że odizoluję się chociaż w najmniejszym stopniu od tego żałosnego świata wydekoltowanych, cycatych panienek i pedałków z grzyweczkami. Albo dresów. Ugh. Chyba tylko Chester, Mark, Dan, Lucas, Ryan i Louis są normalni. W sumie nie, Chester jest metalem. Super stylówę ma, no kurde! Ma mi kupić taki łańcuch do spodni kiedyś. Zmuszę go. Muszę schować te słuchawki i telefon, bo mi jeszcze ktoś ukradnie.. Ja pierniczę, jakie nudy! Moja fryzura jak zawsze idealna? No, może być. Spodnie sobie tylko czymś uwaliłem..
- Siema ofiaro!
No nie...
Stevens. Ethan Stevens.
Znienawidzony przez Mike'a przywódca "gangu" szkolnego... Przystojny, inteligentny. Nawet bardzo. Mówią na niego Eminem, ale rzadko. Bardzo rzadko. Właściwie to nikt nie wie, skąd wzięła się ta ksywka, co oznacza, ile już się trzyma i inne. Kiblował rok, podobnie jak Chaz, tylko że Stev ze względu na sprawowanie. Bardzo łatwo się denerwuje i to go... denerwuje. Mark jest jego, powiedzmy, zastępcą. Tak, można tak powiedzieć.
Shinoda był zdecydowanie najczęstszym obiektem jego drwin i naśmiewania się. To on zniszczył mu reputację, to on nastawił wszystkich przeciwko niemu. To on sprawił, że jest tak jak jest...
Nie dzisiaj.
- Nie jestem ofiarą. - odparł, nawet na niego nie patrząc.
- A skąd taka nagła pewność siebie, hm? Skąd takie nagłe poczucie własnej wartości? Przecież jej nie masz.
- Obawiam się, że mam większą wartość od ciebie. I wiesz co? Sądzę, że jej sobie nie dorobisz, wyżywając się na mnie gdy dostaniesz jedynkę z matematyki. - stwierdził, uśmiechając się pod nosem. Właściwie to usilnie okłamywał  samego siebie, gdyż tak naprawdę zgadzał się z nim w stu procentach, jednak... Nie mógł zawieść Chestera.
Nie czuł się sobą. Czuł się inny.
- Mówisz? Zaraz porozmawiamy inaczej - wycedził ze złością, po czym zbliżył się do siedzącego i zamachnął się pięścią, by go uderzyć w twarz. Ku jego zdziwieniu, dłoń została gwałtownie zatrzymana przez czyjś silny uścisk..
Czy to.. Mike? Tak, to Mike. Wyciągnął rękę w stronę nadlatującej pięści i z łatwością zatrzymał ją w powietrzu. Tamten prawie od razu (bowiem doznał lekkiego szoku) zaczął się szarpać, by ją wyswobodzić, co początkowo mu nie szło. Po chwili jednak jego targania poskutkowały i stał obok chłopaka schowanego pod długimi włosami, nie wiadomo dlaczego dysząc (możliwe, że z przerażenia - przecież ta ofiara nie mogła go pokonać!) i patrząc na niego jakby właśnie okazał się najpotężniejszym transformerem z jedynym celem uśmiercenia wszystkich dookoła. Chwilę później jednak odchrząknął i rozejrzał się, by mieć pewność, że nikt tego nie widział, podwijając rękawy. Przełknął ślinę i starając się wrócić do postawy "gangstera", zwrócił się z powrotem do ciemnowłosego kpiącym tonem.
- Nie myśl sobie, że dasz radę nam kilku. Masz przerąbane na kolejnej przerwie, ciao - pomachał mu z cwanym uśmiechem i odszedł. Mike był niesamowicie szczęśliwy i dumny z siebie, lecz nie pokazywał tego w żaden możliwy sposób, siedząc niewzruszenie na ławce. Nawet się nie uśmiechał. Nie bał się ani trochę groźby wypowiedzianej z ust Stevens'a. Ale.. jak to będzie?

*
Na kolejnej przerwie
*

kurde kurde kurde kurde kurde kurde kurde kurde kurde kurde kurde kurde kurde kurde kurde kurde kurde kurde kurde kurde kurde kurde kurde kurde kurde kurde
Gdzie Stevens? Gdzie jego paczka? Gdzie Chester?! Co ja mam robić? Co jak mnie dopadną? Co jak mnie pobiją? O nie, nie, nie, nie!! Nie dam im rady, to najwięksi pakerzy ze szkoły.. Albo ucieknę z tej budy. Tak, to najlepszy pomysł. Tak! Ucieknę i mnie nie...
- Tam jest!!
Cholera. Biegnij, Mike, uciekaj, szyybkoooo!
- Ucieka, gońcie go!
KURDE KURDE KURDE KURDE KURDE KURDE KURDE KURDE KURDE KURDE KURDE
Wybiegłem z długiego korytarza, przebiegłem jak dziki przez drzwi taranując jakąś dziewczynę. Oj tam, wyliże się. Biegnę teraz sprintem przez plac. Drzewa. Dobrze! Zrobię slalom, może ich zgubię. Przyśpiesz Mike, przyśpiesz!
Dobrze, że nie kręci się dużo ludzi na placu. Tylko kilka osób.. O, Dan. To chyba kolega Chestera. Dobra, nieważne. Mam nadzieję, że tego nie rozpowie... Ja pierdzielę! Przecież ja przed nimi uciekam. Jakie to żałosne. Dobra, Mike, skup się bo jeszcze wbiegniesz w jakieś drzewo i dopiero będzie śmiesznie!
  Zmęczyłem się. Już się zmęczyłem! Biegnę wolniej, widzę to. Zaraz mnie dogonią!! O, jestem w lesie. Co to w ogóle za miejsce? Gdzie ja jestem? Aa, to lasek przyszkolny, bo widzę siedzibę harcerzy. Phi, my mieliśmy lepszą. Matko, muszę odpocząć... Przydałaby się jakaś motywacja. Na przykład muzyka! Zaraz.. mam rozwalone słuchawki. Ekstra.
Muszę... odpocząć...
Stanąłem przy jakimś grubszym drzewie, tak, że schował całą moją sylwetkę. Mam chwilę na odsapnięcie. Czuję się jak po maratonie na pięć kilometrów... A coś takiego w ogóle istnieje? Dobra, nie wiem, ale wiecie o co chodzi. Chyba.
Po chwili słyszę przytłumione tapnięcia stóp. Biegną tu. Dopiero teraz? Aż tak szybko biegłem, czy tak dobre skręty robiłem? Uh, nieważne. Są coraz głośniejsze.. Boże, proszę Cię, żeby mnie nie zauważyli!!

Przebiegli dalej. PRZEBIEGLI DALEJ! Nie zobaczyli mnie! Lol, jeden właśnie prawie się wywalił przez jakąś większą gałąź leżącą na ziemi. Łamaga. Dobra, teraz szybko ale cicho i dyskretnie się wycofam z powrotem w stronę szkoły, bo się jeszcze rozmyślą i cofną..
TRRRACH
O nie. Nie, nie, nie, nie, nie, nie, nie! Nie patrzyłem pod nogi, a na nich, musiałem stanąć na jakąś spróchniałą gałązkę.. i to niemałą.
- Chwila, słyszeliście?
Ja wszystko potrafię spieprzyć. Mike, oddychaj. Spokojnie. Wszystko będzie dobrze. Muszę się lepiej schować za tym drzewem...
- Niby co? Nie gadaj tylko biegnij, bo go zgubimy!
- Już go zgubiliśmy.
- Gdzieś tu musi być!
- Chłopaki, cicho! Słyszałem trzask jakiejś gałęzi.
- Skąd pochodził, Mark?
- Stamtąd.
O. Cholera. Zaraz. Umrę.
- Zza tego drzewa?
- Nie, tego.
Albo mi się wydaje, albo on właśnie zmylił drzewa.
- Zajrzyj za nie, a ja zajrzę za to drugie.
Chodzi o moją kryjówkę? Na pewno.. Teraz albo nigdy, Mike! UCIEKAJ!
Wybiegłem jak głupi i obejrzałem się za nimi. Co się okazało? Stali kilka metrów ode mnie i właśnie zaglądali za jakieś całkiem inne drzewa. Spojrzeli na mnie głupio, a ja na nich. W tej chwili zdałem sobie sprawę z tego, że jestem najgłupszym człowiekiem na świecie.
- Słuch to ty masz świetny! Mówię to zarazem z sarkazmem i bez... Nieważne! Łapać go!
No i znowu zacząłem biec jak nienormalny. Zniszczyć taką okazję.. witam, poznajcie Mike'a Shinodę.
Matko boska, jak dyszę. Nogi mnie bolą tak przeokropnie, że zaraz padnę na ryj. Tylko o tym marzę.
Dobra, trzeba coś wymyślić, bo już mam dość tego biegu. Ale przynajmniej schudnę i Chester nie będzie marudził, hehehehe. Nie, no dobra, poważnie. Na razie biegnij do przodu... czemu mówię do siebie w drugiej osobie? Nie mam rozdwojenia jaźni. Dobra, nieważne. Ale jakbym miał, to to by i tak nie było pasujące do okoliczności, bo bym o drugiej osobie nie wiedział. Uu. A może na świecie jest taki drugi Mike, tylko całkiem inny? Może jest do czegoś przydatny? Hmm.
Mam obrzydliwe skoki myśleniowe. Muszę się ich koniecznie pozbyć lub chociaż załagodzić. Biegnę nadal jak ten idiota, czuję, że tracę siłę i zwalniam, i postanawiam porozważać sobie o rozdwojeniach jaźni. Super.
DOBRA, MIKE, NADAL TO ROBISZ! I nadal mówię do siebie w drugiej osobie. Nieważne. Nieważne, nieważne, nieważne!!!!!
Rihanna.
Co?!?
Nosz ja pierniczę, nie, ja mam dość. Jaka Rihanna? Skąd ona się wzięła w moim umyśle?... Ona ma fajny tyłek. Nie, dobra, nic. Nieważne. Mike, nie myśl o niczym. Tylko biegnij. Biegnij!
Uff, chyba trochę się uspokoiłem. Nie, nie myśl o Shakirze!!! Ona ma dziwny głos. Lol. KURDE, JAK MAM WYŁĄCZYĆ UMYSŁ?!
Nie mogę go wyłączyć, bo muszę przemyśleć, gdzie teraz biec.
Mike, skup się.
Skup.
Się.
Do.
Cholery.
Jasnej.
Dobra, jestem skupiony.
Nie, nie myśl o Beyonce. Nie możesz.
Nie myślę o niej! Dobra, no to co.. Biegniemy. Muszę stąd wybiec. Muszę ich zgubić. Zaraz wypluję płuca! Słyszę ich pogardliwe krzyki za sobą. A, co z tego, że umieram? Odwrócę się w biegu i pokażę im faka. O, pokazałem. O, przyśpieszyli... Krzyczą jakieś groźby..
To nie był najlepszy pomysł.
Dobra, ja też muszę przyśpieszyć. Spoko, najwyżej się przetrenuję i umrę. Wszystko będzie ok, nikt nie będzie tęsknił.
Zwolniłem.
Pobiją mnie, zacznę krwawić, uciekną.
Wykrwawię się i umrę.
A moje nogi i płuca wreszcie sobie odpoczną.
O, tak zrobię!
Będzie super!
Stanąłem. Odwróciłem się. Patrzę na nich z szerokim uśmiechem, jakby w podzięce za to, że właśnie umieram z niewyobrażalnego przemęczenia.
Zaraz zemdleję.
Stanęli jakieś dwa metry ode mnie i patrzą się na siebie. Za chwilę Stevens ze zdziwieniem pyta mnie..
- Co ty robisz? Dlaczego stanąłeś? Dlaczego nie uciekasz? Dobrze... się czujesz?
Czuję burczenie telefonu w kieszeni.
Nie reaguję. Obserwuję go, obrzucając jego oczy serdecznym uśmiechem. Nie wiem, dlaczego się uśmiecham. Czuję niezwykły pokój do całego świata. On nie może tego znieść i gwałtownie odwraca wzrok.
- Shinoda?! - krzyczy rozpaczliwie. Jest bliski szaleństwa, widzę to. Pozostała trójka chłopaków patrzy się ślepo albo na mnie, albo na swojego przywódcę. Nie mają najmniejszego pojęcia, co w tej chwili robić. Ich przywódca dziwnie się zachowuje. Spogląda na mnie, a potem zaczyna wariować. Jakby mój wzrok, tak przyjazny i pokojowy, wypalał mu wnętrzności. Czy dobro jest czymś złym?

   Mike zmienił uśmiech na łagodniejszy i bardziej współczujący, podszedł na ledwo stojących nogach do konającego od dobroci przeciwnika, objął go pod pachami i mocno, czule przytulił. Tamten w tej chwili się rozpłakał. Reszta gangsterów zaczęli patrzeć po sobie, nie wiedząc kompletnie, co tutaj się dzieje. Czy to kapitulacja?
Ethan zaczął się trząść jak małe dziecko. Zacisnął mocno ręce na Shinodowej szyi, jakby było to spotkanie z jego ojcem po niewyobrażalnie długiej rozłące. Nie mieściło mu się w głowie, jak ktoś może być tak dobrym. On chciał go pobić, chciał go zniszczyć, a ten się do niego tak pięknie uśmiecha.. a potem przytula. Ba, pozwala mu się wypłakać. Na własnym ramieniu. Po tych wszystkich okropnościach. Przecież to on zgotował mu takie piekło.. A on odpłaca mu.. miłością..
Zaczął szlochać. Czuł się niesamowicie w tej chwili. I zajebiście dobrze w silnych ramionach Shinody! Co to, do cholery, ma znaczyć?
Ciemnowłosy również nie pogardził ciepłym ciałem i miłym zapachem zadbanego Ethana. Przytulenia są niezwykle ważne i wspomagające, szczególnie w takiej sytuacji. On wcale nie był zły. Może po prostu niedowartościowany? Może żeby zabłysnąć, poznał sztukę bicia? Może on potrzebował tylko odrobiny uwagi i... miłości?
Mike zamknął oczy i zaczął gładzić go ręką delikatnie po plecach. Jemu samemu też zbierało się na płacz, słysząc przeraźliwe szlochy wypłakiwane w swoje ramię. Dotyk Stevens'a pierwszy raz był przyjemny. Pierwszy raz, kiedy to nie szarpał go, popychał czy obijał...


*
Jakiś czas wcześniej
 *


Cholera, gdzie Mike? Głupi profesor. Nie mógł sam tego zrobić?! Musiałem mu tak długo pomagać?! Nie wiem teraz, gdzie jest mój wychowanek... Dobra, znajdzie się. No przecież się nie tnie w szkolnym kiblu. Chociaż, pójdę zobaczyć...
Wchodzę do męskiej. Nie widzę nic podejrzanego, tylko parę gejów liżących się przy umywalkach. Nic sobie w sumie nie robią z mojej obecności. Jeden tylko postanowił się przywitać, o, czyżby to był Lucas?
- Siema, Chest.
- Cze - odpowiadam, skinając głową krótko do góry i spoglądając w jego stronę. Tamten tylko się jakoś dziwnie uśmiechnął i znów powrócił do swojego partnera. Matko, oni są tacy słodcy. Ale nie, wcale nie jaram się gejami, no co wy?!
Zaglądam do kabin.. Nie, nic podejrzanego. Tylko jakiś srający facet.
- Sorry - rzucam i zamykam z powrotem drzwi.
- Nic się nie stało.
Chłopaki z tej szkoły są naprawdę bezwstydni. Nie czują się też niezręcznie, gdy wejdą do kogoś podczas srania. Tak, do tego ja też się niestety zaliczam. Co poradzisz, taki zwyczaj. Często nawet nawzajem chwalą swoje penisy przy urynałach.. Mój usłyszał, że jest imponujący. Cieszę się bardzo z tego powodu, serio. Bo po prostu zajebiście się czuję, gdy jakiś inny facet gapi mi się na ptaka. 
Jestem władcą sarkazmu.
No dobra, w męskiej go nie ma.. A w babskiej?
Pójdę się zapytać. Przecież jest też taka możliwość, żeby się z jakąś teraz pieprzył. Prawda?
- Siema, yy, ta.. Maggie.
- Nazywam się Pauline. - poprawiła go podirytowana, ładna dziewczyna.
- Dobra, Pamela; wiesz który to Mike Shinoda?
- Nnie, nie znam. - zawahała się, widocznie myśląc i analizując swoje znajomości.
- Nooo, to ten: ciemne, długie włosy, lekka broda, brązowe duże oczy, łazi cały czas w czarnych trampkach.. taki samotnik.
- Aaaaa! Ta fajtłapa? - zapytała, zaśmiewając się kpiąco.
- Nie mów tak na niego. - obrzucił ją morderczym spojrzeniem, a ta momentalnie wystraszyła się i zmieniła wzrok. 
- N-no, to co zz nim? - zaczęła się lekko jąkać i nałogowo odgarniać włosy z czoła. Prawdopodobnie chciała uzyskać efekt nie przymusu patrzenia mu w oczy.
- Widziałaś go gdzieś w przeciągu tej i poprzedniej przerwy?
- Nie, nie widziałam. - stwierdziła nerwowo.
- A naszych gangsta widziałaś?
- Yy, tak - odwróciła wzrok w stronę drzwi wyjściowych i podrapała się po górnej części czoła, później wskazując wspomniane miejsce palcem. - Wybiegli tamtędy, chyba kogoś gonili, bo byli bardzo zacięci i się spieszyli. Nie wiem. Nie przyglądałam się jakoś specjalnie.
- Spoko, dzięki, Maggie - pstryknął palcami i truchtem podbiegł w tamtą stronę. Kręciło się tam dużo osób; między innymi grupka kolegów Benningtona.
- Cześć chłopaki!
- O! Chester, nareszcie! Gdzieś ty był?!
- Sorry, nie mogę teraz gadać. Mam tylko jedno, ważne pytanie.
- Wal!
- Z chęcią, ale to potem, bo ludzie zobaczą. A ty walisz sobie przy ludziach, hm?
- Taa. Chester taki zabawny, jak zawsze. Daj spokój i mów, idioto!
- Dobra. No to tak - widzieliście Shinodę?
- Kogo...? - zmieszali się.
- Shinodę. Mike'a Shinodę. Mike Shinoda.
- Aaa, to coś..
- Nie. To nie jest coś. To Mike Shinoda i nie nazywaj go czymś, bo ja zacznę tak nazywać ciebie, śmieciu. - wywarczał.
- Dobra dobra, nie unoś się, stary! - wystawił dłonie przed siebie w geście "spokojnie!" - Yy.. chyba go gdzieś widziałem..
- Był na górze. - dopowiedział któryś z grupki.
- Nie! Widziałem go jak gdzieś biegł.
- Chyba cię.. był na górze, widziałem razem z Ryanem.
- Zamknijcie się!! Był na stołówce.
Chłopaki zaczęli się przekrzykiwać, a Chester nie wiedział, co ma zrobić i kogo słuchać. Padały coraz to nowe miejsca, w których niejaki Mike mógł przebywać. Czwórka nastolatków w szybkim tempie zaczęła się kłócić.
- Dobra, dobra!! Zamknijcie ryje, bo mi w ten sposób nie pomożecie! - zawył zniecierpliwiony Chaz. Chłopaki momentalnie uciszyli się i spojrzeli na Benningtona.
- Masz rację....
- Ale ja go widziałem w dwóch miejscach na raz, jak dyżurowałem!
- Louis, zamknij mordę, słyszałeś?! - zganił go któryś z chłopaków.
- Już..
- To może inaczej: widzieliście paczkę naszych gangsterów?
- Tak, biegli gdzieś..
- No, i narobili strasznie dużo hałasu. Poza tym, jak on ma.. no ten.. Gur.. Gir.. Gerard!, prawie cały czas się wywala.
- Hmm.. Ale w jakim celu biegli? - zapytał Chazz. Coś mu tu śmierdziało. Nie zawsze przecież grupka tych gangsta biega jak powaleni.
- Nie wiem, widziałem...
- Gonili kogoś!
- Nie przerywaj mi!
- Bo co?
- Bo cię uszkodzę! Chcesz?!
- Dawaj!!
- NIE! Ryan, bo ja cię uszkodzę zaraz! Dan, mów dalej.
- Ha! Wygrałem. - Dan, widząc piorunujący wzrok Benningtona, wypłoszył się i pośpiesznie zaczął przypominać sobie obraz sprzed niedawna. - No to, gonili kogoś. Widziałem. Podążali placem, potem ten uciekający gubił tych półmózgów slalomem; dobrą ma taktykę, skubany.
- Zaraz, czyli uciekający to był chłopak? - zaciekawił się Chazz.
- Tak. To pewne. Pamiętam, że miał czarną koszulkę.
Chester przełknął ślinę.
Mike ma czarną koszulkę.
- Gdzie pobiegli?
- Tam. W ten las.
- Dobra, dzięki chłopaki! Jak coś to dzwońcie. - pomachał telefonem w ręce i pognał w stronę wspomnianego lasu. Po drodze wystukał numer telefonu Mike'a i wsłuchiwał się w długi sygnał, modląc się, by odebrał. Nie doczekał się. Zrezygnowany odłożył telefon i przyśpieszył bieg.
Obawiał się najgorszego.
_____________________________________________________
1-Krótki, wiem. Niewystarczający jak na tak długą przerwę, wiem. Gówno nie rozdział, wiem. Wybaczcie mi, ale bardzo chciałam coś na dzisiaj napisać, żebyście się na mnie aż tak nie obrazili. Wcześniej nie miałam absolutnie czasu, także jestem okropnie opuszczona w waszych blogach.. 
Na szczęście jednak właśnie rozpoczęły mi się ferie. Postaram się wszystko nadrobić, nie martwcie się!
Aha, no i głównie za następną część możecie podziękować naszej kochanej Bennodzie za niedawno wysłany komentarz. Był dla mnie ogromną motywacją i już w tamtej chwili miałam chęć pisania kontynuacji, co jest u mnie raczej niespotykane. Skoro zawieszenie mojego bloga byłoby dla was straszne, to musiałam coś z tym zrobić, bo siedząc na dupie i odkładając to na "następny raz" *ta, jasne* to tylko się do tego przybliżam. Mi się ten rozdział w ogóle nie podoba i właściwie to go wyrzygałam, nie napisałam. Nie myślałam właściwie aż tak o fabule. Jest straszny, następne będą lepsze. Przepraszam.
2-Mam naprawdę (moim zdaniem) świetny pomysł na tę Bennodę, ale.. nie umiem do tego dojść. Dlatego mam problemy z kolejnymi rozdziałami. Musi stać się dużo, by mogło stać się więcej. Rozumiecie? ;__; Oh, me biedne rzycie pisaża.
3-Chciałam, byście odczuli między Ethanem a Mike'em większą więź emocjonalną. Przynajmniej z jednej ze stron.. Ale o tym w następnych częściach.
4-Tak, przedstawiam Stevens'a jako Eminema. Tak go sobie wyobrażam. To znaczy, takiego może z mniej kwadratowym ryjem (przepraszam). XDD Gdy to czytasz, prawdopodobnie nasz nowy bohater pokazał się w zakładce "Bohaterowie" - zapraszam! Poza tym; taki zwrot akcji czasami bywa potrzebny, nie wiem jak wam się to spodoba ;____; Komentujcie wątek z Ethanem, błagambłagam ;__;
5-Najszczerzej w świecie: NIE MAM POJĘCIA, kiedy będzie kolejna część. Czy po miesiącu, czy tygodniu, czy dwóch, czy trzech. Nie wiem, naprawdę nie wiem. Musicie nie tracić nadziei i po prostu czekać, wrócę na pewno.
PS tak teraz wpadłam, żeby wam powiedzieć. "Ethan" czyta się "Ejtan", żebyście potem nie latali po domu z krzykami "etchan przytulał się z majkiem!1!!!". Mój Boże, jak to brzmi. 
 Mile widziane komentarze!

niedziela, 12 stycznia 2014

Rozdział X

- Chester, czekaj! - wykrzyczał Mike za znikającym w oddali chłopakiem. Rzucił się biegiem w jego stronę, gdy zobaczył, że tamten gwałtownie stanął i odwrócił się na pięcie.
- Ponoć idziemy razem - wydyszał, gdy znalazł się na miejscu.
- Oj, Mike, Mike.. Tak się zmęczyłeś, biegnąc 25 metrów?- zaśmiał się.
- Ogólnie nie biegam... - usprawiedliwił się, dysząc nadal i łapiąc się ręką pod bok.
- Pewnie dlatego jesteś taki gruby. - stwierdził z uśmiechem, po czym odwrócił się i zaczął kroczyć dalej. Mike zrobił obrażoną minę i niechętnie podążył za nim.
- Zamyśliłem się. - powiedział po jakimś czasie, by wytłumaczyć to, że na niego nie poczekał.
- Nie ma sprawy. - usłyszał głos perfidnie zza swojego ramienia. Jak poparzony się odwrócił, by za chwilę zobaczyć zdziwionego Shinodę, stojącego w niebezpiecznej, dziwnej bliskości.
- Odsuń się, człowieku, chcesz żebym zawału dostał? - uśmiechnął się pobłażliwie.
- Może... - mruknął tamten. - A tak w ogóle, to za szybko chodzisz.
- Jak się stresuję, to zawsze szybko chodzę.
- Stresujesz się?
- Yy.. to znaczy.. - wyraźnie się zmieszał, urywając kontakt wzrokowy.
- Czego? Przecież ich tam nie ma.
- No niby tak, ale.. Wiesz jak to jest.. Ostatni raz pójść do rodzinnego domu, gdzie są pamiątki po przeszłości, wspólne zdjęcia i takie tam... - wymienił, patrząc w chodnik.
- W sumie masz rację.. Ale to będzie ostatni raz. Ostatni. - uśmiechnął się do niego pocieszająco, a tamten lekko uniósł kąciki ust nadając wdzięczny wyraz twarzy, by nie być gorszym.
Resztę drogi przebyli w ciszy.
*
Na miejscu
*

No.. to już. Tak szybko? Huh, za szybko..
Dobra, pora nacisnąć na tą cholerną klamkę, przepełnioną wspomnieniami..
To na nią naciskał roześmiany pięciolatek, przy pomocy jego ojca.. To na nią naciskał zmęczony dziesięciolatek, wracający ze szkoły, by wszystko za chwilę opowiedzieć rodzicom.. To na nią naciskał podekscytowany piętnastoletni chłopak, by za chwilę pochwalić się zdanym egzaminem...
W taki sposób ma się to wszystko zakończyć?
Takim akcentem mam stracić kontakt z rodzicami?
Właśnie tak to ma wyglądać?
Zajebiście!

     Gdy już doszedł na miejsce, spanikował. On ma tam wejść? Ma znów mijać te wszystkie rzeczy? Te wszystkie wspólne zdjęcia, pamiątki po wyjazdach, kartki świąteczne od dalszej rodziny?
    Właściwie, dopiero teraz zdał sobie sprawę z tego, że to może trwać już od dawna. Oni mogli mu to wmawiać od urodzenia! Oni zawsze mogli tak o nim myśleć! Ta cała miłość, którą został obdarzony, mogła być zwykłym, odletnim, wymuszonym oszustwem! To wyryło krwawiącą dziurę w jego sercu...
     Stali przed tymi drzwiami już kilka dłuższych chwil. Niby nic, ale jednak dużo. To jeden z najważniejszych życiowych przełomów dla Chestera. Ma porzucić to, co wydawało mu się szczęściem, tęsknie spoglądając na to ostatni raz, wykorzystując ostatnią możliwość...

   Mike czekał cierpliwie, aż Chester zacznie działać w kierunku wejścia do domostwa. To do niego przecież należy pierwszy krok, to on ma otworzyć drzwi, to on ma przekroczyć próg. Shinoda nie może pchać się do jego życia. Z niektórymi rzeczami trzeba dać sobie radę samemu... i nikt cię w tym nie wyręczy.
  Ten budynek, niegdyś tak przyjemny i budzący same pozytywne odczucia, nagle zaczął go niesamowicie przerażać. Wolał uciec, niż go chociażby dotknąć. To tak, jakby parzył, zostawiając nienamacalny ślad na jego skórze, rozprzestrzeniający się po ciele i dochodzący do każdej, najmniejszej komórki, paraliżując ją. Chciał zakończyć ten rozdział w swoim życiu bez konieczności wejścia do środka, przypominania sobie dawnych, złudnie szczęśliwych lat.. co było niemożliwe. Musiał pojednać się z przeszłością. Musiał przyznać sam przed sobą, że to prawda.
    Niby to sobie uświadomił, rozumiał to w zupełności, jednak coś.. nie pozwalało mu przyjąć tego całkowicie do świadomości. Z tym miejscem wiąże się zbyt wiele wspomnień, zbyt duża część dzieciństwa, by całkowicie wymazać je z pamięci. Tak, wiedział, że musi to zrobić; ale jakiś cichy głos zabraniał mu tego, stanowczo odmawiał. Zdecydowanie nie chciał tego zakańczać i preferował zostawienie to bez odpowiedzi. Bezpowrotne zniknięcie w połowie. Ucieczka od problemu. Tego właśnie chciał. Przecież to łatwiejsze, prawda?
Nie!
Nie o to chodzi. Trzeba to zakończyć tak, jak należy. Nie będziesz tchórzem, Bennington!

    Dobrze wiedział, że już dawno powinien być w środku, tylko nie mógł się do tego zabrać. Nie chciał się do tego zabrać. Nie chciał zmierzyć się z rzeczywistością.. ale czy na pewno zakłamany świat wykreowany przez jego rodziców był lepszy?
    Przerażało go to, co miał właśnie zrobić. Wyolbrzymiał to niesamowicie. Czuł się zbyt słaby, żeby sam się z tym uporać. Zapomniał o tym, że obok niego stoi czekający Mike, przyglądający się mu niepewnie, przygotowany w każdej chwili do pomocy..
     Shinoda zauważył, jak Chazz spuszcza głowę, walcząc ze sobą. Było mu widocznie ciężko.
Złapał go za ramię, a ten niepewnie spojrzał na niego. Uśmiechnął się delikatnie.

    Mike! Cześć, Mike! Co ty tu robisz?! Aha, przecież.. przyszliśmy tu razem... Och, Mike! Przecież ty tu jesteś! Czuję, jak wstępuje we mnie dziwna siła.. ona bije od twoich oczu! Ten głęboki brąz posiada nadprzyrodzone moce zabierania lęku...

     Po chwili obserwacji jego wciągających bardziej niż niejeden film oczu, usłyszał ten stonowany głos.. Musiał powiedzieć, że idealnie do niego pasuje.
 - Chester, wiem, przez co właśnie przechodzisz. Pójdziesz tam, weźmiesz co twoje i wyjdziesz, zostawiając to i przeszłość za sobą. To tak, jak ja. Też muszę to zrobić, by później było lepiej. Nie będziesz żałował. Jestem tutaj koło ciebie, cały czas. Zrobimy to. Razem.

 Po tych słowach poczuł się silniejszy i odważniejszy. Świadomość, że krok w krok będzie szedł za tobą niezawodny Mike, stawia na nogi.
 Czego ja się właściwie boję? Domu? Śmieszne. To tylko budynek.. Jak można bać się budynku?! No cóż, trzeba być mną...

Dasz radę.
To nic wielkiego.
To tylko stary dom.
Pełny charakterystycznego zapachu szczęśliwej rodziny Benningtonów.
Szczęśliwej?
Raczej rozbitej...
Dobra, koniec tego gadania; Chester, idziesz tam. Nie ma "nie". Nie masz wyjścia. Wchodzisz. Teraz.

     Uśmiechnął się do przyjaciela, po czym podszedł do skrzynki na listy i otworzył jej boczną "kieszonkę" (na tyle szybko, by Mike nie zdołał się w ogóle połapać, jak on to zrobił). Zwinnie wyciągnął z niej kluczyk, zapewne do drzwi frontowych. Zręcznie wsunął go do środka dziurki na klucz i kilka razy przekręcił, wywołując tym przytłumiony trzask odblokowującego się zamka.
    Nacisnął na klamkę i pchnął drzwi do przodu. Otwarciu wtórowało głośne skrzypnięcie. Chłopak śmiało postawił nogę i na chwilę zastygł, ciesząc się z tego, co zrobił. Ale to dopiero początek. Przecież dopiero położył tam nogę! Ale zawsze jest to próg, który przekraczał codziennie w młodości, jak i ten sam dywan, na który stąpał..
   Poszedł w głąb, oglądając się za dumnie uśmiechniętym Mike'em i ruchem głowy wskazał mu, by podążał za nim. Nie trudził się ściąganiem butów, nie zwracając uwagi na to, że okropnie brudzi, zostawiając błoto.
     Czuł.. czyjąś obecność. Oczywiście oprócz Shinody. Wydawało mu się, że słyszy jakiś przytłumiony oddech dochodzący z wnętrza budynku.

Chester, ogarnij się. Nikt nie może tutaj być, przecież drzwi były zamknięte, twoi rodzice wyjechali i na pewno, przynajmniej dzisiaj, nie wrócą. Masz jakieś dziwne złudzenia.

     Mimo wszystko nie był stuprocentowo pewny w to, co sobie właśnie mówi. Obrócił się jeszcze raz, by upewnić się, czy przypadkiem Mike w dziwnych okolicznościach nie wyparował, a drzwi nie zamieniły się w ścianę, co oznaczałoby brak ucieczki...
Było mu dziwnie ciężko tutaj przebywać. Ten zapach unoszący się w powietrzu, te znajome pomieszczenia.. stały się czymś nie do zniesienia. Chciał natychmiast się stąd wydostać, ale już nie było takiej możliwości. Zawiódłby nie tylko siebie, ale i wiernego przyjaciela. Mimo to, że nie chciał - poszedł dalej.

   Usłyszał czyjś cichy płacz. Odwrócił się w tył, spoglądając zdziwionym wzrokiem na swojego towarzysza. Tamten spojrzał na niego ze strachem, co oznaczało, że on też to słyszy. To nie było złudzenie.
Ale... skoro to nie Mike płacze, to kto..?
Chester poczuł, jak w jego piersi zaczyna szalenie walić serce. Starał się je uspokoić, lecz nie był w stanie. Czuł się w jak najobrzydliwszym horrorze. Gdyby jeszcze wokół było ciemno, to uciekłby stąd z piskiem, nie zważając na nic. Jednak było jasno, a jego argument wyparował.
   Przełknął ślinę i niepewnie zaczął kroczyć do przodu. Płacz stawał się coraz głośniejszy, jego serce coraz szybciej bijące, a oddech coraz bardziej niespokojny. Stanął w framudze od salonu i zamarł. Jego serce na chwilę się zatrzymało, a umysł przestał funkcjonować.
- Chester! - wykrzyczała rozpaczliwie kobieta, które momentalnie zaczęła szlochać na widok syna. Entuzjazm z jego strony był znacznie mniejszy, bowiem poczuł do niej wyłącznie odrazę. Czterdziestolatka energicznie wstała z miejsca i podbiegła do chłopaka, chcąc go serdecznie przytulić, jednak tamten stanowczo ją odepchnął. Kobieta widząc ten gest rozpłakała się jeszcze bardziej.
- Co wy tu robicie?! Miało was nie być!!! - krzyknął oburzony młody Bennington. Rzeczywiście, mieli być na rzekomym wyjeździe. Zmiana planów?

Mike stał kilka kroków za Chesterem, nie wiedząc, co robić. Schował się za ścianą, jednak w takiej odległości, by w razie potrzeby powstrzymać krótkowłosego przed czymś głupim. Serce biło mu jak nigdy dotąd, emocje w nim szalały.
Tutaj są rodzice Benningtona. Co on teraz zrobi?! Przecież ich nienawidzi całym sercem! 

    Matka Chestera, drobna i bardzo chuda kobieta w białej koszulce na ramiączka, odsunęła się kilka kroków od syna i zaniosła się przeraźliwym płaczem. Jej wyblakłe, farbowane na kasztanowy brąz włosy opadały bezwładnie na gołe ramiona. Złapała się dłońmi za przedramiona, w miejscu między łokciem a ramieniem.
   Wysoki mężczyzna w okularach, jego ojciec, szybko oderwał się od jakiejś książki z biblioteczki, odłożył ją z powrotem i podszedł do chłopaka. Spojrzał na niego gniewnym wzrokiem.
- Gdzie ty byłeś?!
- ODPOWIEDZ MI!!! - ryknął osiemnastolatek w odpowiedzi. Czuł do niego taką pogardę, że trudno mu było patrzeć w twarz, w oczy. W te obrzydliwe oczy, w których kiedyś dostrzegał miłość. Nienawidził tego człowieka całym sercem..
   Czterdziestoparolatek lekko zszedł z tonu. Poczuł się strasznie winny za to, co teraz przeżywa jego syn... Patrzył zza okularów w jego rozwścieczone oczy.
- Odwołaliśmy wyjazd. Twoja matka była zbyt zrozpaczona tym, że zniknąłeś jak kamień rzucony w wodę. A właśnie.. gdzie ty byłeś? Dlaczego nas zostawiłeś? - zapytał się spokojnie, wyrażając ból w głosie. Chciał uspokoić dziecko, i może nawet obudzić w nim coś w stylu poczucia winy. Skutek był odwrotny.
- DLACZEGO JA WAS ZOSTAWIŁEM?! A KTO CHCIAŁBY PRZEBYWAĆ Z LUDŹMI, KTÓRZY GO OKŁAMYWALI PRZEZ CAŁE ŻYCIE?! KTO CHCIAŁBY PRZEBYWAĆ Z LUDŹMI, KTÓRZY ŚWIADOMIE WYRZĄDZALI MU KRZYWDĘ? KTÓRZY BYLI ZBYT TCHÓRZLIWI I GŁUPI, BY ZAPOBIEC TEMU, ŻEBYM SIĘ DOWIEDZIAŁ?! - wykrzyczał. Złość aż biła od niego. Mike stanął obok i złapał go mocno za nadgarstek. Chester zignorował to, jednak w duszy chciał dziękować Mike'owi, że to uczynił. Było to dla niego bardzo wspierające.
  Mężczyzna przelotnie spojrzał na chłopaka stojącego obok jego syna, jednak zaraz ponownie skupił na nim całą uwagę. Nie mógł się odezwać, bo było to dla niego zbyt wstrząsające. Chester mógł kontynuować.
- No właśnie! NIKT NIE CHCIAŁBY! Dlatego się wyprowadzam!
- Co? Jak to się wyprowadzasz? - wykrzyknęła rozpaczliwie, dotąd milcząca kobieta. Mike ściskał mocniej trzymaną rękę, gdy tamten się zbytnio unosił.
- Normalnie! Nie chcę już was nigdy widzieć! Nie chcecie, żebym był waszym dzieckiem? Nie martwcie się - nie będę! - wykrzyczał, po czym rzucił się w kierunku swojego pokoju, ciągnąc za sobą nienadążającego przyjaciela. Gdy znaleźli się w środku, trzasnął drzwiami, wylewając namiastkę swoich uczuć w ten gest. Chciał mieć choć chwilę prywatności.
     Złość w nim buzowała i targała na wszystkie strony. Mike podszedł do bruneta i złapał go za ramiona. Tamten nieprzytomnie na niego spojrzał, cicho dysząc ze zmęczenia spowodowanego wybuchem i krzykami.
- Chester, spokojnie. Oddychaj. Już się z nimi rozmówiłeś. To minęło. Zaraz weźmiesz rzeczy i wynosimy się stąd. Raz na zawsze. Rozumiesz? - powiedział do niego, patrząc mu ze skupieniem w oczy. Bennington pokiwał potwierdzająco głową i mocno się do niego przytulił. Potrzebował tego w tej chwili. Mike oddał gest, zaciskając mu ręce na ramionach. Po krótkiej chwili jednak odsunął się od niego brutalnie, gdyż tamten miał ochotę się jeszcze poprzytulać..
- Nie mamy czasu. Chcesz tutaj tkwić? Wiem, że nie. Więc bierz się do roboty. - rozkazał. Bennington przytaknął i rzucił się pędem w stronę dużej torby bagażowej. Złapał ją, otworzył szafę z ubraniami i zaczął wrzucać wszystko do środka. Nie było tego dużo, bowiem chłopak nie uznawał wysypującej się szafy. W międzyczasie Mike zabrał jego telefon, słuchawki i ładowarkę, które wydobył z podręcznej szafki. Po chwili Chaz był już cały spakowany i trzymał torbę w ręku. Spojrzał ze strachem na Mike'a, a tamten spojrzał na niego. Przełknęli ślinę i w pewnym momencie Chester wyszedł z pokoju, wracając do salonu. Zobaczył tam swojego ojca obejmującego i pocieszającego matkę.
- Szerokiej drogi - zakpił młodzieniec do rodziców. Ci odwrócili się gwałtownie w jego stronę. Kobieta wstała z miejsca i podeszła do syna. Miała całą zapłakaną twarz, a oczy wymęczone od gorzkich łez. Pociągała nosem.
- Gdzie pójdziesz? Gdzie będziesz mieszkał? - wyszeptała troskliwie.
- U niego. - wskazał ręką na niepewnie stojącego za nim Shinodę - Możecie o mnie zapomnieć - wysyczał i rzucił się do wyjścia.
- Żegnaj, synku - wyszeptała za nim zrozpaczona matka. W chwili, gdy drzwi zatrzasnęły się za dwójką chłopaków, czterdziestolatka upadła na kolana.

*

- To już. - zakomunikował Mike, patrząc na zamyślonego Chestera, kilka minut po wydostaniu się z budynku. Tamten spojrzał na niego pytająco, nie rozumiejąc, o co chodzi. - To już! Już to zrobiłeś! Chester, zakończyłeś to! - wykrzyczał radośnie, zatrzymując się. Chaz dopiero teraz to zrozumiał. On to zrobił. To, czego tak się bał i obawiał - poszło w całkowite zapomnienie!
   W mgnieniu oka Mike rzucił się Chesterowi na szyję. Tamten zdziwił się, gdyż to przecież on powinien się do niego tak przytulić.. Zareagował dziwnym, chwilowym zmarszczeniem brwi, ale również mocno się do niego przytulił. Po dłuższej chwili jednak Mike zdał sobie sprawę z tego, że postąpił co najmniej dziwnie i oblał się rumieńcem. Odsunął się od niego szybko i nieśmiało odezwał się.
- Przepraszam, ja...
- O co ci chodzi? Wracaj tu! - przerwał mu i znów zatrzymał go w mocnym uścisku. Mike uśmiechnął się do siebie i także, ponownie się w niego wtulił, wywołując niemałą uwagę przechodniów. Jedna kobieta tak się na nich perfidnie gapiła, że Chester zauważył to i pokazał jej gniewnie środkowy palec. Tamta speszyła się i szybko podążyła dalej, nie oglądając się więcej.
   Uścisk na nich nawzajem rozluźnił się i wreszcie odsunęli się od siebie. Z promiennym uśmiechem ruszyli ramię w ramię do domu Mike'a... czy może ich wspólnego domu?

*

- Nareszcie jesteście! - dało się usłyszeć głos Beatrice, od razu po zamknięciu drzwi frontowych. Mike nadal był pod wrażeniem nagłej jej przemiany. Uśmiechnął się promiennie do Chestera, gdy ten na niego spojrzał. Zrzucili swoje buty i poszli w jej kierunku.
- Kiedy wy byliście tam, to ja poszłam po materac. Macie go tutaj, w tym kartoniku. Tam też jest ta pompka elektryczna, czy jak to tam się nazywa. - zakomunikowała, wskazując na pudełko leżące obok fotela. Przypadkowo spojrzała na torbę w dłoni Chestera. - Tak mało rzeczy masz?! - zdziwiła się.
- Mam tam jeszcze buty. - dodał z głupim uśmiechem.
- Naprawdę?! Pod naszym dachem na to nie pozwolę. Albo Mike ci pożyczy połowę szafy, albo pójdziemy na zakupy.
- Tylko nie zakupy! Wszystko zniosę, tylko nie zakupy! - jęknął.
- No dobra, to idźcie na górę i przygotujcie "łóżko". - powiedziała, schylając się po pudełko. Podała je Mike'owi.
- Dzięki. - mruknął tamten, odbierając pakunek. Chwilę potem poszli na górę i zamknęli się w pokoju. Mike rzucił pudełko gdzieś w kąt, nie przejmując się tym, gdzie wyląduje; Chester natomiast położył torbę na podłodze i zaczął wypakowywać z niej buty. Mike usiadł (czytaj: rozwalił się w najlepsze) na krześle i obserwował to, co robi. W momencie, gdy ze środka wydobył czarne, potężne buty, chłopak aż podskoczył.
- Glany!! - wykrzyczał i w mgnieniu oka znalazł się na podłodze koło nich, oglądając je z każdej strony. Chester zaśmiał się.
- Masz zamiłowanie do glanów?
- No jasne! Chcę je od podstawówki...
- Już cię lubię. - zażartował, wywołując tymi słowami uśmiech na ich obydwu twarzach. Po dłuższej chwili oglądania każdego, najmniejszego fragmentu obuwia, Mike odezwał się.
- Ej, oddaj mi je.
- No chyba cię pogrzało! - zaprotestował, odbierając mu je w pośpiechu i przytulając do siebie. - Są moje. Dostałem je jakieś pół roku temu, także możesz sobie tylko pomarzyć. - dodał, odkładając je możliwie najdalej od rozczarowanego Shinody.
- No weź.
- A chociaż ten sam numer buta? - zapytał, biorąc pojedynczą sztukę w rękę. - 41. Pasuje?
- Mam 42... - burknął tamten.
- Ha! Będą za małe. Zaraz, co?! Masz 42, a ja 41? Ja pierdolę, jaki wstyd..
- Nie marudź. No to w takim razie kupujesz mi nowe.
- Wiesz, ile one kosztują?!
- A wiesz, ile kosztuje woda w tym domu? Poza tym bierzesz prysznic jakieś 20 minut.. Dobra, zostawmy to. Wypakowuj się, a ja zrobię ten materac.
- Nie-e, ja chcę! - zaprotestował chłopak, błyskawicznie wstając i podbiegając do niego.
- Pierdol się! - odpowiedział tamten, zagradzając mu dostęp do kartonu ręką. Chester zawiesił się na jego ramieniu i, mimo to, że się szarpał jak dziki, nie mógł dosięgnąć pudełka.
- No Mike! Ja będę na tym spał, więc ja chcę to zrobić, ty tłusty samolubie!
- Dobra. - przystanął błyskawicznie Mike, zabierając rękę spod torsu Chazza i sprawiając zarazem, że tamten poleciał na ryj.
- Kurwa! - zaklął, podnosząc się nieporadnie. Mike śmiał się nad nim szyderczo.
- Masz, rób, kretoszczurze. - powiedział, rzucając mu na plecy karton i sprawiając tym, że Bennington ponownie uderzył klatką piersiową o podłogę. Pomruczał coś gniewnie pod nosem i wziął się do roboty. W środku znalazł zwinięty materac i elektryczną pompkę. Włączył ją i zaczął wpuszczać powietrze do środka.
Po jakimś czasie materac był już gotowy.
- Starczy - oznajmił Spike.
- Jeszcze trochę. Nie widzisz, jaki z niego flak? - zaprzeczył, wskazując na uginającą się część.
- No dobra.. Ale niedużo. - odparł. Po dłuższej chwili Chester nadal nie przerywał.
- Chester, wyłącz to już!
- Przecież nie jest jeszcze pełny!
- Wyłącz, bo pęk.....
     BOOOOOOOM!!
-...nie... - dokończył z niemałym oszołomieniem. Rozejrzał się wokół.. wszędzie leżały części materiału, które niegdyś tworzyły materac.
- Jesteś ułomny! - zawył ciemnowłosy, siadając na krześle i łapiąc się rękami za głowę, opierając łokcie o uda.
- Prze.. praszam - odezwał się niegłośno po jakimś czasie. Chwilę potem, zaczął się po prostu śmiać. Mike'owi wcale nie było do śmiechu, więc popatrzył na niego piorunująco.
- Z czego rżysz, kretynie?
- Materac pęknął.
- I to cię śmieszy?!
- Daj spokój, to tylko głupi przedmiot. Jak chcesz, to ci go odkupię. - wyjaśnił, podchodząc do pojedynczej części tworzywa, leżącej gdzieś na panelach.
- Niee, ale.. wiesz, że będziesz teraz spał na podłodze?
- No wiem. Ale przecież masz dywan.. więc będę spał na dywanie!
- Patologia... - skomentował, chowając twarz w dłonie by zagłuszyć zbierający się w nim śmiech. Chester zaczął głośno chichotać.
- Pomóż mi to zbierać. - poprosił (czy może rozkazał?) Bennington.
- No chyba nie! - oburzył się tamten, zabierając ręce z twarzy i siadając wygodniej. - Ty rozwaliłeś, to ty teraz to sprzątaj! Nie ma mowy, bym chociażby wstał.
- Tłusta, leniwa świnia - warknął.
- Hmm.. cały czas wspominasz, że jestem gruby.. Ej, jestem gruby?
- No jasne! Nie widziałeś się w lustrze? - odpowiedział tamten, chcąc poigrać trochę na nerwach przyjaciela.
- Nie mam lustra w pokoju, a w łazience nie patrzę.. Nie lubię na siebie patrzeć.. - wyjaśnił cicho, patrząc na swój brzuch.
- Nie dziwię się. Kto chciałby na ciebie patrzeć? - zakpił tamten z wrednym uśmiechem. Mike nie wiedział, że Chazz żartuje. Zmarszczył lekko brwi i nie odzywał się, nie patrząc na niego. Brunet zauważył to i wzięły go wyrzuty sumienia.
- Mike, żartowałem. - oznajmił, podchodząc do niego - Żartowałem, słyszysz? Jesteś szczuplutki. - zapewnił, kucając przy nim i zaglądając mu w oczy. Była to zbyt wielka pokusa, żądza zemsty i okazja, że nie mógł się powstrzymać i kopnął Chestera tak, że przewrócił się do tyłu i wylądował na plecach.
- Za co to?!
- Za wszystko, ty ruska pindo. - odparł, wstając z miejsca i siadając okrakiem na brzuchu Benningtona.
- Złaź ze mnie, grubasie!
- Ponoć żartowałeś?
- Żartowałem, że żartowałem. Jesteś gruby jak.. jak.. jak pędrak.
- Porównania to ty masz niezłe - skomentował ciemnowłosy, po czym zaczęli się śmiać.
- Ale serio, złaź. - wykrztusił, próbując go zepchać ze swojego brzucha. Jedyne, co osiągnął, to bolące nadgarstki, bowiem Mike zacumował się jak mało kto.
- Nigdy. Będę tu siedział do końca życia. - oznajmił, nachylając się nad nim trochę. W tym momencie dało się usłyszeć dojrzały, kobiecy głos..
- Fajnie się bawicie!
Obydwie twarze momentalnie odwróciły się w stronę autora tych słów. Beatrice...
- Ekhm, to nie tak, jak myślisz... - wypalił szybko Mike, rumieniąc się jak burak i pośpiesznie schodząc z przyjaciela. On natomiast był w stanie całkiem odwrotnym. Zaczął głupio rechotać i podparł się z tyłu łokciami, zwracając się do kobiety.
- Mike chciał mnie pocałować. - zakomunikował z niemałym uśmiechem na twarzy.
- NIEPRAWDA! - wykrzyczał desperacko Shinoda. Chester zaczął się głośno śmiać, a dorosła stała z dziwną miną w drzwiach i przyglądała się im. Po chwili powiedziała spokojnie i bardzo wyraźnie przyjemnym, melodyjnym głosem.
- Mike, nie wiedziałam, że jesteś gejem.
- NIE JESTEM! On zmyśla! On jest jakiś pogrzany! - zaprzeczał gorąco, czując rozpalone policzki. Chciał desperacko zmienić temat. - A tak w ogóle, to on zepsuł materac!
- Jak to? Zepsułeś go? - zwróciła się ostro do przestraszonego Benningtona, który właśnie z pozycji leżącej zmieniał na siad skrzyżny.
- Nno.. niechcący.. pęknął. - wyjaśnił nieśmiało. Kobieta obrzuciła go zdenerwowanym spojrzeniem. Mike sapnął bezradnie.
- To była moja wina. - odezwał się po dłuższym trwaniu nieprzyjemnej i krępującej ciszy, a Chester spojrzał na niego pytająco z wytrzeszczem oczu. - Ja zacząłem mu przeszkadzać, kiedy to się pompowało. A potem on chciał wyłączyć, ale nie mógł, bo mu to utrudniałem. Gdyby nie ja, wszystko byłoby dobrze. - powiedział, patrząc na matkę i ignorował wykonującego dziwną mimikę twarzy Chestera.
- Czyli to twoja sprawka? No pięknie się zaczyna. To teraz sobie radźcie. A ja się specjalnie trudziłam, żeby zejść do piwnicy... - marudziła, wychodząc ze zdenerwowaniem z pokoju. Kiedy drzwi zamknęły się, w pokoju dało się usłyszeć przedrzeźniający głos młodego Shinody.
- No i umarłaś tam, i tak się trudziłaś, że kurwa zawału dostałaś... - Chester zaśmiał się głupio, ale po chwili spoważniał.
- Dlaczego to zrobiłeś?
- To proste; gdyby wyszło na jaw, że to ty, straciłaby do ciebie sympatię i wywaliła za drzwi. - wyjaśnił bez skrupułów. - Widzisz? Główka pracuje. - popukał się palcem w bok głowy.
- No, ciekawe co tam pracuje... - zakpił, wstając z podłogi.
- Na pewno nie to, co u ciebie. - odparł z głupim uśmiechem. Bennington spojrzał na niego i aż się wystraszył.
- Jezus Maria, Mike! W świetle słonecznym jesteś jeszcze bardziej blady, niż dzisiaj. - zaśmiał się. Po chwili Chester oparł się o kaloryfer i zaczął się mu przyglądać. Po chwili ciemnowłosy zauważył to i sapnął.
- Nie, Chester, nie jestem chory.
- Przecież widzę, że coś jest nie tak!
- Bo się nie wyspałem, tylko tyle! - zaprotestował.
- Uważaj, bo ci uwierzę..
- Masz teksty na poziomie drugiej podstawówki. - uśmiechnął się do niego Mike.
- No i co z tego? To były fajne czasy. - zaczął się śmiać.
- Taa. Zwłaszcza wtedy, kiedy śmiali się z ciebie na każdym kroku, zabierali kredki i robili głupie żarty.. - burknął, patrząc w podłogę.
- Mike! Mieliśmy nie wracać do przeszłości. - zganił go od razu zatroskany Chester. Tamten spojrzał mu w oczy. Chwilę milczał, błądząc po jego złocistobrązowych tęczówkach, oświetlonych promieniami czerwcowego słońca.
- Moja przeszłość jest niesamowicie trudna, skomplikowana i nieprzyjemna. Nie masz pojęcia, przez co w życiu przeszedłem. - powiedział po jakimś czasie, by za chwilę znów zmienić wzrok na dywan i zostawić Chestera samego z bijącymi się myślami.
   Zdolność mówienia ugrzęzła mu w gardle przez dłuższą chwilę, zastanawiając się, co odpowiedzieć. Czy Mike chce, żeby drążył temat, czy nie ma na to najmniejszej ochoty? Chyba sam on tego nie wiedział..
   Po dłuższym czasie zdał się na krótkie, nieporadne pytanie.
- Zamierzasz być taki tajemniczy i niebezpośredni do końca życia? - jęknął. Mike spojrzał mu ponownie w oczy. Na jego twarzy dało się zauważyć słaby zarys uśmiechu.
- Sam nie wiem. Taki już jestem.
- A zamierzasz mi kiedykolwiek zdradzić konkretniejsze szczegóły dotyczące twojego życia? - zapytał niepewnie.
- Może kiedyś...? - odparł, uśmiechając się.

 *
Wieczorem

- I jak, wygodnie ci? - zapytał głupio Shinoda, spoglądając na leżącego na podłodze przykrytej jakimś kocem Chazza.
- Jak nigdzie indziej. - zakpił, udając ton przepełniony uznaniem.
- To był ciężki dzień. - sapnął drugi, zwracając twarz znów ku sufitowi i zamykając błogo oczy.
- Masz rację... - zgodził się, przypominając sobie te rodzinne, ominięte zdjęcia w jego domu. Każde pamiętał niesamowicie dobrze. Kolor ramki, ilość osób na fotografii, barwy koszulek, scenerie.. To wszystko mógł wymienić bez najmniejszego problemu, bowiem dużo czasu spędzał na podziwianiu ich. Dotąd zawsze uwielbiał wspominać sytuacje z rodziną; teraz ma zamiar wybić je sobie całkowicie z głowy. Ale czy mu się to uda...?

_______________________________
Przepraszam was. Bardzo.
Jeśli chodzi o czas, miałam go aż za dużo. Jeśli chodzi o wenę, podobnie. Jeśli chodzi o ten rozdział; kompletnie nie wiem, dlaczego, ale zatrzymałam się w połowie i cały czas nie dawałam rady (co ciekawsze - nie miałam na to żadnej ochoty, pomimo że byłam strasznie napalona do pisania) z tym. Napisanie tego było dla mnie strasznie ciężkie i męczące, jednak dobrnęłam do końca. Początek szkoły również mi z tym nie pomógł..
Ale, oto jest! W ogromnych bólach się narodziło, lecz teraz się pojawiło i funkcjonuje jak każdy inny rozdział.
Każdego, kto przeczytał zachęcam do szczerego komentowania! 
+dlaczego matka Chestera tak przeżywała jego stratę, skoro go nie kochała? otóż.. przyzwyczajenie. jedynie przyzwyczajenie i sam fakt, że jest jej synem. poza tym była to bardzo wrażliwa i histeryczna kobieta, także wszystko przeżywała dziesięć razy bardziej.